Dzisiaj bez bety bo mi się spieszyło ;; Notka dla Mitani XD
Może oddam potem do zbetowania ><
Anyway, nie wystraszcie się tego jest późno w nocy a ja mam fazę ;;
I pisze to na szybko xD
Możecie to uznać za prequel do "Nauczę cię kochać".
Powiem wam, że to było dla mnie wyzwanie O___o Pierwszy raz napisałam... coś takiego (ten "gwałt" w wyżej wymienionym opowiadaniu się nie liczy XD), nie jest jakoś szczegółowo, bo Kerush nie potrafi pisać takich rzeczy XD
WIECIE NIE KAŻDY JEST GEJEM I WIE JAK TAKIE SCENY WYGLĄDAJĄ. Dlatego nie ma harda, proszę was o wyrozumiałość.
Ogólnie jest dość krótko, nie rozczulam się nad fabułą. MIAŁAM SIĘ SKUPIĆ NA GWAŁCIE (y)
Paring: Ruki x Uruha
Ostrzeżenia: Gwałt, bdsm, zdrobnienia (przepraszam, nigdy tego nie robię, ale tutaj to jest takie... groteskowe, musiałam XD). TO JEST SŁABE.
...Ostatnio lubuję się w brutalnych opowiadaniach ;_;
_______________________
Blondyn oblizał wargi w niezwykle lubieżny sposób i podszedł do wyższego bruneta.
- Uru... - mruknął mu do do ucha, jednocześnie ocierając się o niego i zahaczając subtelnie dłonią o pasek przy jego spodniach.
Jego oczy wyrażały czyste pożądanie. Powtórzył imię bruneta, po czym stanął na palcach i polizał jego ucho.
- Ruki przestań, zachowujesz się jak napalona nastolatka - wyższy ze stoickim spokojem wypisanym na twarzy odsunął od siebie wokalistę - Wstydu nie masz.
- A ty serca - młodszy nadął usteczka i odwrócił się tyłem do gitarzysty.
- Ej, tylko mi nie mów że się obrażasz...
- Zastanowię się - Uniósł głowię do góry - Aha, Kou... Dzisiaj boli mnie głowa.
Wyszedł z sali prób trzaskając drzwiami.
- Ała... - skomentował inteligentnie Aoi - Okres ma czy co?
- Aoi debilu - brunet trzepnął go w głowę, po czym zaczął przeczesywać kieszenie w poszukiwaniu zachomikowanej tam, zgniecionej paczki papierosów - Po pierwsze Ruki to facet. Wiem, sprawdzałem. Po drugie, chyba właśnie jest wręcz odwrotnie, dziewczyna kiedy ma okres nie może... wiesz.
- Stary, czemu ty zawsze tak wszystko na serio. Poza tym zachowujesz się jak cnotka - zaśmiał się - Dorosły jesteś, nazywaj rzeczy po imieniu. Czasami się zastanawiam, kto w tym waszym związku nosi spodnie.
Podczas gdy jego śmiech niósł się echem po budynku wytwórni, młodszy z gitarzystów z obfitym rumieńcem na policzkach zbierał swoje graty.
- Ja cnotka... Jeszcze wam wszystkim pokażę. Potrafię być facetem, kurcze! - narzekał cicho - Ale z ciebie przyjaciel, Aoi. "kto tu nosi spodnie?" - przedrzeźniał głos bruneta, po czym zawiesił się - Jakby na to nie patrzeć, to zawsze ja jestem na zawołanie Ru. I to ja jestem ten... "uległy". Kurczę. Następnym razem nie dam mu dominować, o!
Z zawziętą miną uderzył pięścią w otwartą dłoń i pewnie ruszył w ciemne ulice Tokio w stronę domu.
Naprawdę się obraził..., pomyślał.
Zawsze wracali razem, nie ważne, jak bardzo Ruki byłby zły, dlatego Uruha zdziwił się, że Matsumoto nie czekał na niego pod głównym wejściem.
A jak coś mu się stało?
Jednak samochodu wokalisty, którym razem przyjechali, pod budynkiem nie było. Brunet musiał iść pieszo.
Najkrótsza droga prowadząca do ich wspólnego mieszkania wiła się między najciemniejszymi budynkami, czasami mijając ogromne opuszczone hale po starych fabrykach. Tych Takashima bał się najbardziej. Nigdy nie wiadomo, w których z nich aktualnie przesiaduje Yakuza.
- Złapią mnie i sprzedadzą moje piękne ciało do domu rozpusty - biadolił pod nosem, trzymając przy twarzy pokrowiec z gitarą, jako prowizoryczną tarczę na wypadek ewentualnego ataku uzbrojonej po zęby mafii - Czemu ci debile nie mogli znaleźć mieszkania bliżej studia, no czemu?! Ups.
Zakrył buzię, zdając sobie sprawę z tego, że zachowuje się dość głośno jak na kogoś, kto usilnie nie chce zostać porwany.
Nagle usłyszał ruch tuż za swoimi plecami.
No to zginąłem...Poczuł, jak jego serce dudni w piersi, chcąc uciec gdzie pieprz rośnie. Obrócił się energicznie, chcąc wychwycić w ciemności przynajmniej cień swojego domniemanego oprawcy, ale ten zniknął znów za rogiem. Uruha jednak, zamiast uciekać, wystawił przed siebie gitarę, którą trzymał za gryf i ruszył w stronę ocienionego miejsca.
Kretyn z Ciebie, Takashima.
Usłyszał śmiech. Jakby znajomy.
- Nie tam, Kouyou... Tutaj jestem, skarbie. - cień pojawił się z drugiej strony, omal nie przyprawiając biednego Uruhy o zawał serca.
Brunet podskoczył w miejscu, obracając się jednocześnie o sto osiemdziesiąt stopni.
- Na litość boską, Ruki! Życzysz mi śmieci? - złapał się za serce, dysząc ciężko.
- Nie, jeszcze mi się przydasz... - zmrużył groźnie oczy.
- Tak tak, masz rację... - gdy pierwszy szok ustąpił, wyższy wyminął go, machając na niego lekceważąco ręką - a teraz zabierajmy się stąd, nie chcę, żeby ktoś mnie tu zgwałcił...
- To się przeliczysz - wokalista szarpnął go za rękę, sprowadzając go jednym szybkim ruchem do parteru i przygniatając jego ciało do siatkowego ogrodzenia - Nie tak się umawialiśmy, Kou. Nie chciałeś po dobroci, więc teraz ja ustalam zasady.
Oblizał ostentacyjnie wargi i siadając okrakiem na przerażonym brunecie złapał go za nadgarstki, które uniósł nad jego głowę, by następnie brutalnie przykuć je do siatki.
- Ru, co ty odpierdalasz? Oszalałeś? Puść mnie! - gitarzysta zaczął panikować i wierzgać pod napalonym blondynkiem - Nie chcę, kretynie! Co ci odbiło?
- Zamknij się! trzeba było słuchać mnie wcześniej, mielibyśmy to z głowy jeszcze w studio, ale tobie się fochów zachciało - warknął, szukając czegoś gorączkowo w kieszeni.
Takashima krzyknąłby głośno na widok przedmiotu, który Ruki wyciągnął nagle z kieszeni, gdyby nie fakt, że ten szybko zasłonił dłonią jego usta. Starszy starał się ugryźć go, ale drobne łapki wokalisty były dużo odporniejsze niż mogłoby się wydawać.
Blondyn zgrabnym ruchem odsłonił usta mężczyzny leżącego na ziemi, by chwilę później uciszyć go skórzanym kneblem, który nie pozwalał mu zamknąć ust, jednocześnie blokując wszystkie dźwięki, które starał się z siebie wydobyć.
Ruki usadowił się na nim wygodniej i pochylił się nad wystraszoną twarzą bruneta. Wyglądał, jak psychopata. Jego twarz przecięta była szerokim uśmiechem a oczy zmrużone w sposób, który nawet bardziej, niż jego poczynania przerażał Kouyou.
Gitarzysta zauważył, jak w dłoni Maleństwa coś błysnęło. Zamarł. Chwilę później ów, zimny jak się okazało, przedmiot znalazł się tuż przy jego twarzy. Kątem oka rozpoznał trzymany w drobnej dłoni nóż sprężynowy. Narzędzie dotknęło skóry na jego policzku.
Uruha poczuł przeszywający ból, kiedy ostrze przesunęło się w dół a do jego nozdrzy dotarł metaliczny zapach krwi. Chwilę później broń naznaczyła pionową linię na jego klatce piersiowej, gdy blondyn z lubością rozcinał jego t-shirt. Zrobiło mu się słabo i przypuszczalnie zemdlałby, gdyby nie siarczysty policzek wymierzony mu przez blondyna, po którym nastąpił brutalny pocałunek.
- Jesteś mój - warknął mu do ucha, które następnie przygryzł - Tylko mój. Jesteś moją własnością. Moją dziwką. Pogódź się z tym.
Splunał mu na twarz. W oczach bruneta zatańczyły łzy.
Dlaczego, Ruki? Dlaczego się tak zachowujesz? Co się z Tobą dzieje? Boję się...
Blondyn nic nie robił sobie z płaczącego przyjaciela, którego właśnie próbował zgwałcić. Z determinacją rozciął skórzany pasek u jego spodni, i nie patrząc już na przyjaciela odpiął guzik.
Uruha poczuł silny ból a do jego uszu docierał śmiech Rukiego, który co jakiś czas nachylał się nad jego twarzą, by napawać się jego cierpieniem.
Powinien się już przyzwyczaić. Ta kruszynka, która wydawała się być uosobieniem niewinności i delikatności była w rzeczywistości małym brutalem, który lubił się nad nim znęcać. Powinien przyzwyczaić się do rozchodzącego się falami bólu, opanowującego dolne części ciała.
Ale nie potrafił.
Może to dlatego, że blondyn nie uciekał się wcześniej do napadania go w ciemnych zaułkach, by później go tam zgwałcić. Może i był okrutny, mając głęboko w poważaniu jego uczucia, ale nigdy nie posunął się aż tak daleko, tylko po to, by zaspokoić pożądanie.
A może w tamtej chwili przestało chodzić jedynie o jego nieograniczoną żądzę bliskości ciała innej osoby? Jego twarz nie wyrażała żadnej przyjemności, którą powinien odczuwać w tamtej chwili. Była wypisana na niej jedynie stanowczość i coś w rodzaju złości.
To była nauczka.
Chciał pokazać starszemu gitarzyście, że to on wyznacza zasady.
- To żebyś się nie puszczał - Ruki podniósł się, zapiął spodnie i splunął pod nogi zmarnowanego Kouyou.
Patrzył na niego jeszcze chwilę, po czym pochylił się nad nim, wyciągnął mu z ust knebel i rozwiązał dłonie.
Szatyn nabrał głębokim haustem powietrza w płuca.
- O czym ty mówisz? - wycharczał, patrząc na wokalistę zmęczonym wzrokiem.
- Jesteś dziwką Uruha, pogódź się z tym. Moją dziwką - spojrzał na niego z pogardą - wstawaj.
Kopnął bruneta, ale ten nie podniósł się, spojrzał na niego błagalnie, po czym zamknął oczy.
Nie miał siły walczyć. Nawet gdyby chciał, nie podniósłby się w tamtej chwili. Czuł krew, która lepiła się do skóry na jego ciele, czuł ból gorszy niż za każdym poprzednim razem. Nie potrafił ruszyć nogami. Czuł, że ręce mu zsiniały od trzymania ich w górze. Chciał wstać i nie dać Rukiemu kolejnego powodu do złości i - być może - pobicia go, ale nie miał siły.
Możliwe były dwie opcje: Matsumoto albo się wkurzy i go zostawi na pastwę mafii, złodziei i gwałcicieli, zakrwawionego, ze spodniami w kostkach, albo się zlituje i zabierze go do domu, co było mało prawdopodobne, bo maluch mógłby go nie unieść.
- Kai się wkurwi - blondyn po namyśle podrapał się za uchem - lepiej będzie, jak cię zabiorę i doprowadzę do porządku. Wiedz jednak, że nie robię tego dla ciebie - warknął.
Podniósł go, mimo wszystko dość ostrożnie i przerzucając, nieprzytomnego już, przez ramię ruszył do zaparkowanego kilka metrów dalej samochodu, do którego później wsiadł i zamiast ruszyć, podkulił nogi na miejscu kierowcy po czym spojrzał w lusterko w którym widział ofiarę swoich humorów.
- Co ja zrobiłem...
W jego oczach malowało się coraz większe przerażenie, na widok zakrwawionego przyjaciela, który przecież nigdy go nie skrzywdził. Nie, on nie postąpiłby w podobny sposób.
W pustych oczach Rukiego zatańczyły łzy. Kilka spłynęło po jego aksamitnym policzku na skórzaną tapicerkę.
_______________
...Mam wyrzuty sumienia.
Może i składnia i kompozycja leżą (jest druga w nocy, miejcie litość ;;), ale każde, powtarzam KAŻDE słowo jest przemyślane (SŁOWO, zdanie niekoniecznie XDD), taki był zamysł, tak to miało wyglądać. Chociaż... eee, trochę się to to kupy nie trzyma (:
Możecie się pastwić a ja idę się powiesić na najbliższym drzewie, nie przyznam się do tego gunwa nawet jak mnie będą torturować i postawią przede mną gołego Kuinę :))))
WSZYSTKIE WYDARZENIA PRZEDSTAWIONE W TYM OPOWIADANIU SĄ WYMYSŁEM CHOREGO MÓZGU AUTORKI I CZYSTKĄ FIKCJĄ LITERACKĄ~
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
sobota, 5 kwietnia 2014
Suicidal Letter (paring nieujawniony)
Dzisiaj coś zgoła innego, ale wciąż (wbrew pozorom) jrockowego. Dlaczego "wbrew pozorom"? Bo paring nie jest ujawniony, pomimo tego, że pisząc to, miałam na myśli dwie konkretne osoby. No i do napisania zainspirowała mnie pewna piosenka. ZAINSPIROWAŁA. Nie jest pisane dokładnie "na podstawie", więc, nie ma co porównywać :) Chociaż, może ktoś z was zgadnie, co to za zespół/piosenka/paring? :)
Chodzi mi tu przede wszystkim o zakończenie owej piosenki. Mogę wam ułatwić o tyle, że powiem wam, ze ta piosenka to ballada~ (zaskoczeni, co? XD)
Powiem wam jeszcze tyle, że zmieniłam jedną rzecz. W piosence jest mowa o wiośnie. Ja zmieniłam to na zimę, bo bardziej mi pasowało ><
O, wiem... Zróbmy tak: dla tego kto odgadnie napiszę opowiadanie z wybranym paringiem :D Co wy na to?
Dobra, to chyba tyle, jeśli chodzi o ogłoszenia parafialne~
Krótko, bo krótko, ale mimo to zachęcam do czytania i KOMENTOWANIA c:
Aaaah i jeszcze jedno. Opowiadanie pisane z betą :) Dziękuję, Agnieszko za pomoc <3
No i chciałabym tu zobaczyć co najmniej cztery komentarze od was :)
Ostrzeżenia: Krew. DUŻO KRWI. I latające flaki :)))))))
_________________________________
Nigdy nie chcę już oglądać smutku.Zawsze przejmowałem go na siebie, myślałem że tak już po prostu musi być. Nie chciałem widzieć, jak inni ludzie płaczą.
Jak T y płaczesz.
Byłeś taki kruchy. Za każdym razem, gdy Cię obejmowałem miałem wrażenie, że w każdej chwili możesz się po prostu rozpaść.
Ile to razy składałem Cię na powrót w całość? Już nie pamiętam.
Dawno przestałem liczyć...
Wiesz, zawsze wydawało mi się koniecznością, aby przynajmniej jeden z nas był smutny...
Siłą rzeczy, zawsze byłeś to Ty. Wtedy robiłem wszystko co w mojej mocy, abyś poczuł się lepiej. Absorbowałem od Ciebie ten smutek. Brałem go całego na siebie, chociaż sam do końca nie mogłem sobie z nim poradzić. Rozrywał mnie od środka, ale byłem szczęśliwy, jeśli choć przez chwilę mogłem widzieć jak się uśmiechasz - nawet przez łzy. Kochałem Cię, dlatego te chwile były dla mnie najcenniejsze, nawet pomimo tego, że wiedziałem, jak wielkim kłamstwem był Twój uśmiech.
Płacz zawsze przychodził Ci dużo łatwiej, niż pozytywne emocje. Występując, będąc na scenie, często płakałeś. Smutne piosenki zawsze wychodziły Ci lepiej i wiarygodniej niż te wesołe, które pisałeś by poprawić sobie humor.
Bolało mnie to.
Może to egoistyczne z mojej strony, ale teraz myślę, że mój ból był większy od Twojego. Ukrywałem to nawet lepiej niż Ty. Zawsze udawałeś, że nic się nie dzieje, chociaż cały świat praktycznie zawalał Ci się na głowę. Byłeś silny i niezwykle kruchy jednocześnie. Wiedziałem, że nie działo się to bez powodu, jednak byłem bezsilny. Teraz widzę, że to, co się stało to po części również i moja wina.
Wiesz? Uwielbiałem dotykać Twoje delikatne ciało.
Miałem wrażenie, że byłeś zrobiony z najprawdziwszej chińskiej porcelany. Chociaż Twoja jasna, praktycznie biała, aksamitna w dotyku skóra naznaczona była na udach i nadgarstkach poprzecznymi czerwonymi plamami a w innych miejscach kolejnymi bliznami różnorodnego koloru, kształtu i pochodzenia. Powodem, dla którego znajdowały się na Twoim wychudzonym ciele był jednak zawsze o n. Tylko i wyłącznie.
Mimo wszystko kochałem Ciebie i Twoje groteskowe poniekąd ciało. Na pierwszy rzut oka piękne i nieskazitelne, po bliższym zapoznaniu wydawało się zbyt nierealne, by istnieć. Skóra w niemożliwy sposób naciągnięta była na kościach. Byłeś filigranowy, czy może nawet chudy, ale nie w chorobliwy sposób. Chociaż zawsze błądziłeś gdzieś na krawędzi.
Gdy zamykałem Cię w swoim opiekuńczym objęciu wiedziałem, że jesteś bezpieczny. Że nawet o n nie jest w stanie Cię skrzywdzić.Ale nic nie trwa wiecznie, prawda...?
Pewnego deszczowego wieczora wyszedłeś z domu, mówiąc mi, że idziesz na chwilę do sklepu. Że z a r a z w r ó c i s z .
Uśmiechałeś się. Wiem, że ten uśmiech był fałszywy. Jednak ta chwilowa, wymuszona radość na Twojej twarzy w apokryficzny sposób pozbawiła mnie na moment uczucia smutku. Nie domyślałem się, jak bardzo zdradziecki był Twój uśmiech. Dał mi nadzieję. Nadzieja, jak każdy wie, jest złudna. Miałem się o tym przekonać w niezwykle dobitny sposób.
Długo nie wracałeś. Sam nie wiem czemu zacząłem się martwić. Rzeczony sklep był niecałe pięć minut drogi od naszego mieszkania. Był środek zimy, kilkustopniowy mróz zamieniał każdą kroplę wody w lód. Nigdy nie lubiłeś tej pory roku, dlatego unikałeś wychodzenia na zewnątrz. Jeśli już opuszczałeś mieszkanie, starałeś się spędzić na mrozie jak najmniej czasu. Dlatego się tak bałem.
Czułem, że stanie się coś złego. Nie wracałeś dziesięć minut, piętnaście, pół godziny. Z nerwów żołądek skurczył mi się do rozmiarów orzecha włoskiego, takie przynajmniej miałem wrażenie.
Nie mogąc skupić się na niczym, wstałem z kanapy i podszedłem do okna. Nie było tam nikogo. Wiedziony dziwnym impulsem, zacząłem się ubierać. Musiałem wyjść z domu, upewnić się, że nic Ci nie grozi.
W chwili, gdy miałem naciskać klamkę, usłyszałem huk. Potem drugi. Zrobiło mi się słabo. Z pewnością zemdlałbym, gdyby nie silna potrzeba ratowania Cię, pomimo braku pewności, czy byłeś tam w tej chwili, czy brałeś w tym udział.
Nie ważne. Nie ważne, nie ważne, nie ważne...
Gdybyś jednak tam był, gdybym cię nie uratował, miałbym wyrzuty sumienia do końca życia. Zachowałbym się jak egoista, tchórz.
Czując, że płuca w każdej chwili mogą odmówić mi posłuszeństwa biegłem po schodach, potykając się o własne nogi. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie założyłem szalika, czapki, czy rękawiczek. Kurtka była rozpięta. Nie obchodziło mnie to jednak w tamtej chwili. Byłem zbyt przerażony.
Jednak, mimo wszystko wciąż wmawiałem sobie, że nic Ci się nie stało. Jak bardzo naiwny byłem...
Wybiegłem przed klatkę schodową.
Byłeś tam. Leżałeś na początku trawnika, naprzeciwko wejścia do naszego bloku.
Pod Tobą, na mlecznobiałym, świeżym śniegu roztaczała się szkarłatna plama, która spowiła również twoje ubranie. Jakaś kobieta krzyknęła przeraźliwie. Miałem wrażenie, że ten dźwięk dobiega znikąd, że otacza mnie szczelna próżnia.
Byłeś tylko Ty.
Podbiegłem do Ciebie, czując jednocześnie, że mój mały świat się zawala. Zupełnie, jakby pod moimi nogami otworzyła się nagle przepaść, pochłaniająca mnie coraz bardziej w objęcia swojej czarnej istoty.
Osunąłem się na kolana. Wtuliłem się w Twoje bezwładne ciało, krzycząc Twoje imię, nie zdając sobie sprawy z tego, jak histeryczny był mój głos.
Na policzkach czułem przerażający mróz, jakby moja skóra pękała. To samo czułem w sercu. Jak gdyby powoli umierało.
Razem z Tobą.
Otarłem krew z Twojej wargi i naiwnie pocałowałem zmartwiałe usta, raz za razem błagając Cię, byś się obudził.
- Nie odchodź, nie zostawiaj mnie, słyszysz?! - panikowałem - Nie możesz, nie rób mi tego. Otwórz oczy, błagam, obudź się...
Zaniosłem się gorzkim płaczem. Położyłem głowę we wgłębieniu na Twoim obojczyku.
Znów jak przez mgłę słyszałem, że ktoś coś mówi. Nie do mnie. Być może gdzieś dzwonił? Brzmiało to jak jakaś relacja.
Udawałem, że tego nie słyszę. Oznaczało to tylko jedno - ktoś tu przyjedzie i odbierze mi Cię na zawsze.
- A... - usłyszałem cichy, niepewny głos tuż koło lewego ucha.
Twoje powieki były ledwo uchylone a wzrok zamglony. Spoglądały na mnie szare, pozbawione życia oczy. Sinymi ustami łapałeś w dziurawe płuca powietrze.
Moje oczy powiększyły się. nagle nabrałem nadziei. Pogładziłem Twój policzek.
- Nic nie mów... Uratuję Cię - szeptałem przez łzy.
- N... nie, już za późno - nabrałeś desperacko powietrza. Wyglądałeś, jakby każda cząsteczka tlenu była dla Ciebie trucizną, jakbyś się nim dławił. Obraz rozmył mi się pod wpływem napierających na powieki łez - Prze... przepraszam. Kocham cię - zamknąłeś oczy, jednak wciąż starałeś się oddychać.
Ścisnąłem Twoją dłoń, dotykając jednocześnie Twojej piersi tuż nad sercem. Czułem jego nieregularne, histeryczne bicie.
- To on ci to zrobił? Mam rację? - panikowałem.
Poczułem nagłe szarpnięcie. Ktoś odciągał mnie od Ciebie. Zacząłem gorączkowo wołać Twoje imię. Wyrywałem się z silnego uścisku. Na próżno.Widziałem jedynie Twój blady, przepraszający uśmiech, spod półprzymkniętych powiek. Błagałem, bym mógł po raz ostatni Cię objąć.
- Powiedz mi! - krzyczałem, wiedząc jednak, że to nic nie da - Nie możesz odejść, to się nie może tak skończyć! Chcesz dać mu tą satysfakcję? Odpowiedz!
Mężczyzna złapał mnie mocniej i siłą posadził na najbliższej ławce. Następnie widok zasłonił mi inny mężczyzna w kitlu, niosący w rękach defibrylator. Słyszałem uspakajające mnie słowa. Nie chciałem jednak ich słuchać. Nic do mnie nie docierało.
Odtrąciłem lekarza i poderwałem się z ławki, jednak ten szybko chwycił mnie za przedramię i posadził z powrotem, zdecydowanym ruchem. Spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem.
Zrozumiałem. Przez moją głupotę mogło im nie udać się Ciebie uratować. Nie wybaczyłbym sobie. Postanowiłem wciąż czekać, powtarzając w myślach jak mantrę te same słowa: "nie umieraj".
Nie wiedząc kiedy, oparłem głowę o ramię lekarza, szlochając bezgłośnie.
- Uratujcie go... - wyszeptałem w pewnej chwili - On musi być szczęśliwy, obiecał mi...
- Będzie. Proszę się nie martwić.
Słowa mężczyzny jednak nie działały na mnie kojąco. Był w nich pewien fałsz. Miałem wrażenie, że jest to wyuczona regułka, którą powtarza zawsze w takich sytuacjach.
Ile śmierci już widział? Jak bardzo dla niego obojętne było to, co teraz się działo? Nie chciałem teraz o tym myśleć.
Myślami skupiałem się na Tobie - moim Maleństwie, które umierało kilka metrów ode mnie.
Po kilku minutach zauważyłem ruch w miejscu, w którym leżałeś. W momencie, w którym lekarz podnosił się ze śniegu, dotarł do mnie ostry, metaliczny zapach krwi.
Nie patrzyłem jednak na Ciebie. Nie potrafiłem.
Przepraszam.
Czułem, jak moja dusza rozsypuje się na drobne kawałki. Jakby moje wnętrze pochłaniane było przez śmiercionośny płomień. Chociaż żyłem, czułem się martwy w środku.
Utkwiłem martwy wzrok w mężczyźnie stojącym nad Tobą. Nie odzywał się, jednak wiedziałem, co ma mi do przekazania.
Poczułem, że robi mi się niedobrze. Mój żołądek zaczął robić fikołki, po czym po prostu się zbuntował. Podniosłem się z ławki i odbiegłem najdalej jak potrafiłem. Zawartość mojego żołądka zabarwiła śnieg. Czułem gorzki smak żółci w ustach.
Nie mogę uwierzyć, że Cię straciłem. Jedyny sens mojego życia poza muzyką... Nie. Byłeś dla mnie o wiele ważniejszy.
Myśl o tym, że Cię już ze mną nie ma, że nigdy już nie będę mógł cię objąć, przyprawiała mnie o kolejne torsje, które bezskutecznie starałem się kontrolować. Kwas wypalał dziury w moim przełyku, łzy cisnęły się do oczu i jedyne o co w tamtej chwili błagałem to, by moje życie jak najszybciej się skończyło.
Usiadłem na śniegu, nie zważając na to, ze jest zimny i mokry. Oparłem rękę na kolanach, twarz schowałem w dłoniach.
Patrzyłem pustym wzrokiem w przestrzeń. Lekarz, który wcześniej odciągnął mnie od Ciebie, podszedł i pomógł mi stanąć w pionie. Nie opierałem się. Pozwoliłem, by poprowadził mnie do karetki.
Kątem oka widziałem dwóch innych mężczyzn, pakujących do pojazdu czarne zawiniątko. Nie chciałem myśleć, że to byłeś Ty. Twoje ciało.
Jednak już nie płakałem. Być może dlatego, że nie miałem siły. Albo dlatego, że razem z Tobą odeszły wszystkie moje uczucia. Wszystko co miałem było martwe. Tak jak i Ty.
Moja twarz nie wyrażała żadnych emocji. Czułem, że robię się obojętny na wszystkie zewnętrzne bodźce. Głos lekarzy i policjantów otaczał mnie z każdej strony, jednak nie docierał do mnie. Nie wiem, co mówili. Nie pamiętam, co im odpowiadałem. Jedynym słowem, które opisywało mnie w tamtej chwili była apatia. Przerażająca bierność wobec otaczającego mnie świata.
Nie pamiętam Cię.
Czy fakt, że kiedykolwiek istniałeś nie był jedynie snem? Czy krew, która zabarwiła moje ubrania była Twoją krwią? Nie wiem. Czułem, jakby Twoje istnienie było jedynie snem. Jakby rzeczywistość uderzyła mnie prawdą prosto w twarz. Kim byłem bez Ciebie? Pustym naczyniem, przeżywającym każdy dzień z gasnącą nadzieją, że kiedykolwiek wrócisz. Że, jeśli zasnę, znów Cię ujrzę - całego i zdrowego. Nie potrafiłem odróżnić przeplatających się między sobą dwóch wymiarów - tego, w którym byłeś razem ze mną oraz tego, w którym umarłeś. Który z nich był kłamstwem?
Siedząc na naszej wspólnej kanapie wpatrywałem się tępo w nasze wspólne zdjęcie, znów nie mogąc pojąć, dlaczego nie ma Cię ze mną. Dlaczego On zemścił się na Tobie? Czemu nie ukarał mnie? Może tak naprawdę nigdy nie miałem z tym nic wspólnego? Może było to kolejnym dowodem na to, jak starałem się za wszelką cenę przejąć na siebie Twój smutek? Może było nam to przeznaczone do końca życia...Wiedziałem jedno - nie zemszczę się. Robiąc to zachowałbym się tak jak On. Wiedząc, jak go nienawidziłeś nie mógłbym się na to zdobyć. Wtedy Twoja nienawiść dosięgłaby również mnie. Może było to egoistyczne, ale ja do końca życia chciałem mieć pewność, że kochasz mnie tak, jak ja kochałem Ciebie.
Wiesz...? Nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie.Może dlatego właśnie postanowiłem, że jest tylko jeden sposób, aby to wszystko zakończyć. W pewnym sensie Ci zazdrościłem. Czułem, że jesteś szczęśliwy. A co ze mną? Balansowałem na krawędzi życia i śmierci, świadomości i snu.Nie chcę być dłużej jedynie pustym ciałem. Chcę odnaleźć swoją duszę, która podążyła za Tobą. Czułem, że błądzi gdzieś, szukając Cię, obciążona brzemieniem ogromnej rozpaczy.Znajdę Cię.
Bezwiednie podniosłem się z kanapy i ruszyłem w stronę kuchni. Z makabryczną wręcz obojętnością wyciągnąłem z szuflady największy kuchenny nóż, po czym pewnym krokiem skierowałem się w kierunku schodów prowadzących na dach naszego budynku mieszkalnego.
Nie zamknąłem za sobą drzwi. Nie było to koniecznością. Nie obejrzałem się za siebie. Miałem wrażenie, że schody nie mają końca. Zupełnie jakby starały się utrudnić mi wykonanie mojego planu, kazały zawrócić i zacząć życie od nowa. Ale ja nie chciałem tego. Życie bez Ciebie to pusta egzystencja.
W końcu dotarłem na górę. Mroźne powietrze owionęło moje półnagie ciało. Nie było mi jednak zimno. Z nieba spadał płatki śniegu, które co jakiś czas przecinane były zimną, stalowa kroplą deszczu. Zupełnie, jakby niebo płakało za mnie, dzieliło ze mną mój smutek, starając się ulżyć mi chociaż trochę.
Stanąłem na krawędzi dachu.
- Czekaj na mnie - przemówiłem głośno, pozwalając wiatrowi ponieść moje słowa do nieba.
Do Ciebie.
Wziąłem głęboki wdech. Trzymając oburącz nóż, nakreśliłem dłońmi w powietrzu półkole, po czym wbiłem ostrze w podbrzusze. Zakasłałem, z moich ust chlusnęła obficie krew.
Starając się nie upaść, trzęsącymi się rękoma pociągnąłem za trzon noża w górę, rozrywając skórę i wnętrzności aż do żeber.
Poczułem, że moje nogi robią się miękkie. Oczy przesłoniła mi szkarłatna zasłona. Zamknąłem je i przechyliłem się ostatkiem sił do przodu.
Na chwilę poczułem się lekki. Jakbym uwolnił się od wszelkich trosk.
Ból ustępował, odczuwałem jedynie dotyk wiatru na ciele. Był przyjemny, spadanie przyniosło mi pewną ulgę.
Potem była już tylko ciemność.
Czekaj na mnie.
_________________
E he he he. Zabawne, co? ;A;
Ciekawe, czy zgadliście piosenkę XD
Jeżeli ktoś jest ciekawy, chodziło mi o tą konkretnie
Ok, to tyle na dzisiaj :)
WSZYSTKIE WYDARZENIA PRZEDSTAWIONE W TYM OPOWIADANIU SĄ WYMYSŁEM CHOREGO MÓZGU AUTORKI I CZYSTKĄ FIKCJĄ LITERACKĄ~
Chodzi mi tu przede wszystkim o zakończenie owej piosenki. Mogę wam ułatwić o tyle, że powiem wam, ze ta piosenka to ballada~ (zaskoczeni, co? XD)
Powiem wam jeszcze tyle, że zmieniłam jedną rzecz. W piosence jest mowa o wiośnie. Ja zmieniłam to na zimę, bo bardziej mi pasowało ><
O, wiem... Zróbmy tak: dla tego kto odgadnie napiszę opowiadanie z wybranym paringiem :D Co wy na to?
Dobra, to chyba tyle, jeśli chodzi o ogłoszenia parafialne~
Krótko, bo krótko, ale mimo to zachęcam do czytania i KOMENTOWANIA c:
Aaaah i jeszcze jedno. Opowiadanie pisane z betą :) Dziękuję, Agnieszko za pomoc <3
No i chciałabym tu zobaczyć co najmniej cztery komentarze od was :)
Ostrzeżenia: Krew. DUŻO KRWI. I latające flaki :)))))))
_________________________________
Nigdy nie chcę już oglądać smutku.Zawsze przejmowałem go na siebie, myślałem że tak już po prostu musi być. Nie chciałem widzieć, jak inni ludzie płaczą.
Jak T y płaczesz.
Byłeś taki kruchy. Za każdym razem, gdy Cię obejmowałem miałem wrażenie, że w każdej chwili możesz się po prostu rozpaść.
Ile to razy składałem Cię na powrót w całość? Już nie pamiętam.
Dawno przestałem liczyć...
Wiesz, zawsze wydawało mi się koniecznością, aby przynajmniej jeden z nas był smutny...
Siłą rzeczy, zawsze byłeś to Ty. Wtedy robiłem wszystko co w mojej mocy, abyś poczuł się lepiej. Absorbowałem od Ciebie ten smutek. Brałem go całego na siebie, chociaż sam do końca nie mogłem sobie z nim poradzić. Rozrywał mnie od środka, ale byłem szczęśliwy, jeśli choć przez chwilę mogłem widzieć jak się uśmiechasz - nawet przez łzy. Kochałem Cię, dlatego te chwile były dla mnie najcenniejsze, nawet pomimo tego, że wiedziałem, jak wielkim kłamstwem był Twój uśmiech.
Płacz zawsze przychodził Ci dużo łatwiej, niż pozytywne emocje. Występując, będąc na scenie, często płakałeś. Smutne piosenki zawsze wychodziły Ci lepiej i wiarygodniej niż te wesołe, które pisałeś by poprawić sobie humor.
Bolało mnie to.
Może to egoistyczne z mojej strony, ale teraz myślę, że mój ból był większy od Twojego. Ukrywałem to nawet lepiej niż Ty. Zawsze udawałeś, że nic się nie dzieje, chociaż cały świat praktycznie zawalał Ci się na głowę. Byłeś silny i niezwykle kruchy jednocześnie. Wiedziałem, że nie działo się to bez powodu, jednak byłem bezsilny. Teraz widzę, że to, co się stało to po części również i moja wina.
Wiesz? Uwielbiałem dotykać Twoje delikatne ciało.
Miałem wrażenie, że byłeś zrobiony z najprawdziwszej chińskiej porcelany. Chociaż Twoja jasna, praktycznie biała, aksamitna w dotyku skóra naznaczona była na udach i nadgarstkach poprzecznymi czerwonymi plamami a w innych miejscach kolejnymi bliznami różnorodnego koloru, kształtu i pochodzenia. Powodem, dla którego znajdowały się na Twoim wychudzonym ciele był jednak zawsze o n. Tylko i wyłącznie.
Mimo wszystko kochałem Ciebie i Twoje groteskowe poniekąd ciało. Na pierwszy rzut oka piękne i nieskazitelne, po bliższym zapoznaniu wydawało się zbyt nierealne, by istnieć. Skóra w niemożliwy sposób naciągnięta była na kościach. Byłeś filigranowy, czy może nawet chudy, ale nie w chorobliwy sposób. Chociaż zawsze błądziłeś gdzieś na krawędzi.
Gdy zamykałem Cię w swoim opiekuńczym objęciu wiedziałem, że jesteś bezpieczny. Że nawet o n nie jest w stanie Cię skrzywdzić.Ale nic nie trwa wiecznie, prawda...?
Pewnego deszczowego wieczora wyszedłeś z domu, mówiąc mi, że idziesz na chwilę do sklepu. Że z a r a z w r ó c i s z .
Uśmiechałeś się. Wiem, że ten uśmiech był fałszywy. Jednak ta chwilowa, wymuszona radość na Twojej twarzy w apokryficzny sposób pozbawiła mnie na moment uczucia smutku. Nie domyślałem się, jak bardzo zdradziecki był Twój uśmiech. Dał mi nadzieję. Nadzieja, jak każdy wie, jest złudna. Miałem się o tym przekonać w niezwykle dobitny sposób.
Długo nie wracałeś. Sam nie wiem czemu zacząłem się martwić. Rzeczony sklep był niecałe pięć minut drogi od naszego mieszkania. Był środek zimy, kilkustopniowy mróz zamieniał każdą kroplę wody w lód. Nigdy nie lubiłeś tej pory roku, dlatego unikałeś wychodzenia na zewnątrz. Jeśli już opuszczałeś mieszkanie, starałeś się spędzić na mrozie jak najmniej czasu. Dlatego się tak bałem.
Czułem, że stanie się coś złego. Nie wracałeś dziesięć minut, piętnaście, pół godziny. Z nerwów żołądek skurczył mi się do rozmiarów orzecha włoskiego, takie przynajmniej miałem wrażenie.
Nie mogąc skupić się na niczym, wstałem z kanapy i podszedłem do okna. Nie było tam nikogo. Wiedziony dziwnym impulsem, zacząłem się ubierać. Musiałem wyjść z domu, upewnić się, że nic Ci nie grozi.
W chwili, gdy miałem naciskać klamkę, usłyszałem huk. Potem drugi. Zrobiło mi się słabo. Z pewnością zemdlałbym, gdyby nie silna potrzeba ratowania Cię, pomimo braku pewności, czy byłeś tam w tej chwili, czy brałeś w tym udział.
Nie ważne. Nie ważne, nie ważne, nie ważne...
Gdybyś jednak tam był, gdybym cię nie uratował, miałbym wyrzuty sumienia do końca życia. Zachowałbym się jak egoista, tchórz.
Czując, że płuca w każdej chwili mogą odmówić mi posłuszeństwa biegłem po schodach, potykając się o własne nogi. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie założyłem szalika, czapki, czy rękawiczek. Kurtka była rozpięta. Nie obchodziło mnie to jednak w tamtej chwili. Byłem zbyt przerażony.
Jednak, mimo wszystko wciąż wmawiałem sobie, że nic Ci się nie stało. Jak bardzo naiwny byłem...
Wybiegłem przed klatkę schodową.
Byłeś tam. Leżałeś na początku trawnika, naprzeciwko wejścia do naszego bloku.
Pod Tobą, na mlecznobiałym, świeżym śniegu roztaczała się szkarłatna plama, która spowiła również twoje ubranie. Jakaś kobieta krzyknęła przeraźliwie. Miałem wrażenie, że ten dźwięk dobiega znikąd, że otacza mnie szczelna próżnia.
Byłeś tylko Ty.
Podbiegłem do Ciebie, czując jednocześnie, że mój mały świat się zawala. Zupełnie, jakby pod moimi nogami otworzyła się nagle przepaść, pochłaniająca mnie coraz bardziej w objęcia swojej czarnej istoty.
Osunąłem się na kolana. Wtuliłem się w Twoje bezwładne ciało, krzycząc Twoje imię, nie zdając sobie sprawy z tego, jak histeryczny był mój głos.
Na policzkach czułem przerażający mróz, jakby moja skóra pękała. To samo czułem w sercu. Jak gdyby powoli umierało.
Razem z Tobą.
Otarłem krew z Twojej wargi i naiwnie pocałowałem zmartwiałe usta, raz za razem błagając Cię, byś się obudził.
- Nie odchodź, nie zostawiaj mnie, słyszysz?! - panikowałem - Nie możesz, nie rób mi tego. Otwórz oczy, błagam, obudź się...
Zaniosłem się gorzkim płaczem. Położyłem głowę we wgłębieniu na Twoim obojczyku.
Znów jak przez mgłę słyszałem, że ktoś coś mówi. Nie do mnie. Być może gdzieś dzwonił? Brzmiało to jak jakaś relacja.
Udawałem, że tego nie słyszę. Oznaczało to tylko jedno - ktoś tu przyjedzie i odbierze mi Cię na zawsze.
- A... - usłyszałem cichy, niepewny głos tuż koło lewego ucha.
Twoje powieki były ledwo uchylone a wzrok zamglony. Spoglądały na mnie szare, pozbawione życia oczy. Sinymi ustami łapałeś w dziurawe płuca powietrze.
Moje oczy powiększyły się. nagle nabrałem nadziei. Pogładziłem Twój policzek.
- Nic nie mów... Uratuję Cię - szeptałem przez łzy.
- N... nie, już za późno - nabrałeś desperacko powietrza. Wyglądałeś, jakby każda cząsteczka tlenu była dla Ciebie trucizną, jakbyś się nim dławił. Obraz rozmył mi się pod wpływem napierających na powieki łez - Prze... przepraszam. Kocham cię - zamknąłeś oczy, jednak wciąż starałeś się oddychać.
Ścisnąłem Twoją dłoń, dotykając jednocześnie Twojej piersi tuż nad sercem. Czułem jego nieregularne, histeryczne bicie.
- To on ci to zrobił? Mam rację? - panikowałem.
Poczułem nagłe szarpnięcie. Ktoś odciągał mnie od Ciebie. Zacząłem gorączkowo wołać Twoje imię. Wyrywałem się z silnego uścisku. Na próżno.Widziałem jedynie Twój blady, przepraszający uśmiech, spod półprzymkniętych powiek. Błagałem, bym mógł po raz ostatni Cię objąć.
- Powiedz mi! - krzyczałem, wiedząc jednak, że to nic nie da - Nie możesz odejść, to się nie może tak skończyć! Chcesz dać mu tą satysfakcję? Odpowiedz!
Mężczyzna złapał mnie mocniej i siłą posadził na najbliższej ławce. Następnie widok zasłonił mi inny mężczyzna w kitlu, niosący w rękach defibrylator. Słyszałem uspakajające mnie słowa. Nie chciałem jednak ich słuchać. Nic do mnie nie docierało.
Odtrąciłem lekarza i poderwałem się z ławki, jednak ten szybko chwycił mnie za przedramię i posadził z powrotem, zdecydowanym ruchem. Spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem.
Zrozumiałem. Przez moją głupotę mogło im nie udać się Ciebie uratować. Nie wybaczyłbym sobie. Postanowiłem wciąż czekać, powtarzając w myślach jak mantrę te same słowa: "nie umieraj".
Nie wiedząc kiedy, oparłem głowę o ramię lekarza, szlochając bezgłośnie.
- Uratujcie go... - wyszeptałem w pewnej chwili - On musi być szczęśliwy, obiecał mi...
- Będzie. Proszę się nie martwić.
Słowa mężczyzny jednak nie działały na mnie kojąco. Był w nich pewien fałsz. Miałem wrażenie, że jest to wyuczona regułka, którą powtarza zawsze w takich sytuacjach.
Ile śmierci już widział? Jak bardzo dla niego obojętne było to, co teraz się działo? Nie chciałem teraz o tym myśleć.
Myślami skupiałem się na Tobie - moim Maleństwie, które umierało kilka metrów ode mnie.
Po kilku minutach zauważyłem ruch w miejscu, w którym leżałeś. W momencie, w którym lekarz podnosił się ze śniegu, dotarł do mnie ostry, metaliczny zapach krwi.
Nie patrzyłem jednak na Ciebie. Nie potrafiłem.
Przepraszam.
Czułem, jak moja dusza rozsypuje się na drobne kawałki. Jakby moje wnętrze pochłaniane było przez śmiercionośny płomień. Chociaż żyłem, czułem się martwy w środku.
Utkwiłem martwy wzrok w mężczyźnie stojącym nad Tobą. Nie odzywał się, jednak wiedziałem, co ma mi do przekazania.
Poczułem, że robi mi się niedobrze. Mój żołądek zaczął robić fikołki, po czym po prostu się zbuntował. Podniosłem się z ławki i odbiegłem najdalej jak potrafiłem. Zawartość mojego żołądka zabarwiła śnieg. Czułem gorzki smak żółci w ustach.
Nie mogę uwierzyć, że Cię straciłem. Jedyny sens mojego życia poza muzyką... Nie. Byłeś dla mnie o wiele ważniejszy.
Myśl o tym, że Cię już ze mną nie ma, że nigdy już nie będę mógł cię objąć, przyprawiała mnie o kolejne torsje, które bezskutecznie starałem się kontrolować. Kwas wypalał dziury w moim przełyku, łzy cisnęły się do oczu i jedyne o co w tamtej chwili błagałem to, by moje życie jak najszybciej się skończyło.
Usiadłem na śniegu, nie zważając na to, ze jest zimny i mokry. Oparłem rękę na kolanach, twarz schowałem w dłoniach.
Patrzyłem pustym wzrokiem w przestrzeń. Lekarz, który wcześniej odciągnął mnie od Ciebie, podszedł i pomógł mi stanąć w pionie. Nie opierałem się. Pozwoliłem, by poprowadził mnie do karetki.
Kątem oka widziałem dwóch innych mężczyzn, pakujących do pojazdu czarne zawiniątko. Nie chciałem myśleć, że to byłeś Ty. Twoje ciało.
Jednak już nie płakałem. Być może dlatego, że nie miałem siły. Albo dlatego, że razem z Tobą odeszły wszystkie moje uczucia. Wszystko co miałem było martwe. Tak jak i Ty.
Moja twarz nie wyrażała żadnych emocji. Czułem, że robię się obojętny na wszystkie zewnętrzne bodźce. Głos lekarzy i policjantów otaczał mnie z każdej strony, jednak nie docierał do mnie. Nie wiem, co mówili. Nie pamiętam, co im odpowiadałem. Jedynym słowem, które opisywało mnie w tamtej chwili była apatia. Przerażająca bierność wobec otaczającego mnie świata.
Nie pamiętam Cię.
Czy fakt, że kiedykolwiek istniałeś nie był jedynie snem? Czy krew, która zabarwiła moje ubrania była Twoją krwią? Nie wiem. Czułem, jakby Twoje istnienie było jedynie snem. Jakby rzeczywistość uderzyła mnie prawdą prosto w twarz. Kim byłem bez Ciebie? Pustym naczyniem, przeżywającym każdy dzień z gasnącą nadzieją, że kiedykolwiek wrócisz. Że, jeśli zasnę, znów Cię ujrzę - całego i zdrowego. Nie potrafiłem odróżnić przeplatających się między sobą dwóch wymiarów - tego, w którym byłeś razem ze mną oraz tego, w którym umarłeś. Który z nich był kłamstwem?
Siedząc na naszej wspólnej kanapie wpatrywałem się tępo w nasze wspólne zdjęcie, znów nie mogąc pojąć, dlaczego nie ma Cię ze mną. Dlaczego On zemścił się na Tobie? Czemu nie ukarał mnie? Może tak naprawdę nigdy nie miałem z tym nic wspólnego? Może było to kolejnym dowodem na to, jak starałem się za wszelką cenę przejąć na siebie Twój smutek? Może było nam to przeznaczone do końca życia...Wiedziałem jedno - nie zemszczę się. Robiąc to zachowałbym się tak jak On. Wiedząc, jak go nienawidziłeś nie mógłbym się na to zdobyć. Wtedy Twoja nienawiść dosięgłaby również mnie. Może było to egoistyczne, ale ja do końca życia chciałem mieć pewność, że kochasz mnie tak, jak ja kochałem Ciebie.
Wiesz...? Nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie.Może dlatego właśnie postanowiłem, że jest tylko jeden sposób, aby to wszystko zakończyć. W pewnym sensie Ci zazdrościłem. Czułem, że jesteś szczęśliwy. A co ze mną? Balansowałem na krawędzi życia i śmierci, świadomości i snu.Nie chcę być dłużej jedynie pustym ciałem. Chcę odnaleźć swoją duszę, która podążyła za Tobą. Czułem, że błądzi gdzieś, szukając Cię, obciążona brzemieniem ogromnej rozpaczy.Znajdę Cię.
Bezwiednie podniosłem się z kanapy i ruszyłem w stronę kuchni. Z makabryczną wręcz obojętnością wyciągnąłem z szuflady największy kuchenny nóż, po czym pewnym krokiem skierowałem się w kierunku schodów prowadzących na dach naszego budynku mieszkalnego.
Nie zamknąłem za sobą drzwi. Nie było to koniecznością. Nie obejrzałem się za siebie. Miałem wrażenie, że schody nie mają końca. Zupełnie jakby starały się utrudnić mi wykonanie mojego planu, kazały zawrócić i zacząć życie od nowa. Ale ja nie chciałem tego. Życie bez Ciebie to pusta egzystencja.
W końcu dotarłem na górę. Mroźne powietrze owionęło moje półnagie ciało. Nie było mi jednak zimno. Z nieba spadał płatki śniegu, które co jakiś czas przecinane były zimną, stalowa kroplą deszczu. Zupełnie, jakby niebo płakało za mnie, dzieliło ze mną mój smutek, starając się ulżyć mi chociaż trochę.
Stanąłem na krawędzi dachu.
- Czekaj na mnie - przemówiłem głośno, pozwalając wiatrowi ponieść moje słowa do nieba.
Do Ciebie.
Wziąłem głęboki wdech. Trzymając oburącz nóż, nakreśliłem dłońmi w powietrzu półkole, po czym wbiłem ostrze w podbrzusze. Zakasłałem, z moich ust chlusnęła obficie krew.
Starając się nie upaść, trzęsącymi się rękoma pociągnąłem za trzon noża w górę, rozrywając skórę i wnętrzności aż do żeber.
Poczułem, że moje nogi robią się miękkie. Oczy przesłoniła mi szkarłatna zasłona. Zamknąłem je i przechyliłem się ostatkiem sił do przodu.
Na chwilę poczułem się lekki. Jakbym uwolnił się od wszelkich trosk.
Ból ustępował, odczuwałem jedynie dotyk wiatru na ciele. Był przyjemny, spadanie przyniosło mi pewną ulgę.
Potem była już tylko ciemność.
Czekaj na mnie.
_________________
E he he he. Zabawne, co? ;A;
Ciekawe, czy zgadliście piosenkę XD
Jeżeli ktoś jest ciekawy, chodziło mi o tą konkretnie
Ok, to tyle na dzisiaj :)
WSZYSTKIE WYDARZENIA PRZEDSTAWIONE W TYM OPOWIADANIU SĄ WYMYSŁEM CHOREGO MÓZGU AUTORKI I CZYSTKĄ FIKCJĄ LITERACKĄ~
czwartek, 3 kwietnia 2014
"Czarno-Biały" Kazuki (Screw) x Aoi (the GazettE) - PROLOG
Witam was po dość długiej przerwie c:
Cały czas piszę coś dla was, ale pewnie już zdążyliście zauważyć, że systematyczność jest dla mnie pojęciem obcym~
Zaczęłam pisać... tasiemca? Tak, myślę, że mogę to tak nazwać.
Paring: Kazuki (Screw) x Aoi (the GaztteE) i poboczne~
Ci z was, którzy przybyli tu ze strony "fuck calm and love yaoi" na facebooku wiedzą, że potrzebuję osoby do pisania "scen" :) ZGŁASZAJCIE SIĘ, NADAL NIE DOSTAŁAM ŻADNEJ PRÓBKI A BĘDĄ MI POTRZEBNE SOON ;___; Betkę już mam - jest nią Agnieszka, (tym rozdziałem się jeszcze nie zajęła, ale kolejne weźmie już pod swoją opiekę) której raz jeszcze chciałabym podziękować za to, że pomimo napiętego grafiku da radę znaleźć czas dla mnie i mojej marnej twórczości ♡
Dziękuję wam za cierpliwość i zapraszam do lektury ヾ(。◕ฺ∀◕ฺ)ノ
Aha i jeszcze jedno. Musiscie sobie wyobrazić, że całe Gazetto jest z tego samego rocznika. I że między nimi a Kazukim są tylko trzy lata różnicy wieku. Przepraszam, ale nie ma sześcioletniego liceum XDDDD Musiałam to dopasować do fabuły, mam nadzieję, że nie będzie wam to przeszkadzało~
PROLOG
Cały czas piszę coś dla was, ale pewnie już zdążyliście zauważyć, że systematyczność jest dla mnie pojęciem obcym~
Zaczęłam pisać... tasiemca? Tak, myślę, że mogę to tak nazwać.
Paring: Kazuki (Screw) x Aoi (the GaztteE) i poboczne~
Ci z was, którzy przybyli tu ze strony "fuck calm and love yaoi" na facebooku wiedzą, że potrzebuję osoby do pisania "scen" :) ZGŁASZAJCIE SIĘ, NADAL NIE DOSTAŁAM ŻADNEJ PRÓBKI A BĘDĄ MI POTRZEBNE SOON ;___; Betkę już mam - jest nią Agnieszka, (tym rozdziałem się jeszcze nie zajęła, ale kolejne weźmie już pod swoją opiekę) której raz jeszcze chciałabym podziękować za to, że pomimo napiętego grafiku da radę znaleźć czas dla mnie i mojej marnej twórczości ♡
Dziękuję wam za cierpliwość i zapraszam do lektury ヾ(。◕ฺ∀◕ฺ)ノ
Aha i jeszcze jedno. Musiscie sobie wyobrazić, że całe Gazetto jest z tego samego rocznika. I że między nimi a Kazukim są tylko trzy lata różnicy wieku. Przepraszam, ale nie ma sześcioletniego liceum XDDDD Musiałam to dopasować do fabuły, mam nadzieję, że nie będzie wam to przeszkadzało~
PROLOG
Z nieukrywaną fascynacją patrzyłem na jego biodra kołyszące się w rytm dźwięków wydobywających się z instrumentu przewieszonego przez jego lewe ramię. W pewnym momencie puścił struny, skierował wyprostowane ręce w stronę niewielkiej publiczności, po czym posłał w tamtą stronę całusa. Lustrował wzrokiem wszystkich zebranych na sali, z dumą pokazując, że zna swoją wartość i że zdecydowanie nie jest ona niska.
Był jednak moment, gdy jego wzrok uciekał zbytnio w prawo. Wtedy jego spojrzenie robi-ło się zimne, albo nawet smutne. Tylko na chwilę. Po to, by za kilka sekund na jego twarzy znów zawitał szeroki uśmiech. Bolało mnie to. Dlaczego? Bo wtedy jego spojrzenie trafiało na mnie. Na nic nie wartym małym karaluchu. Tak, to były jego słowa. Człowieka, który był dla mnie wzorem do naśladowania i nie tylko. Skoczyłbym za nim w ogień, nawet teraz, kiedy mnie tak potraktował.
Mój wzrok znów zatrzymał się na jego kołyszących się biodrach. W momencie, gdy przez półprzymknięte powieki uśmiechał się prowokująco do publiczności, z powodzeniem unikając mojego spojrzenia.
***
Pół roku wcześniej:
- Dziwka – Matsumoto Takanori potrącił mnie łokciem, mijając mnie na zatłoczonym szkolnym korytarzu, niby niechcący wysypując wszystkie niesione przeze mnie zeszyty.
Westchnąłem ciężko i przykucnąłem żeby je pozbierać. Kątem oka widziałem, że nadal nade mną stoi, zapewne uśmiechając się szyderczo.
- Kiedy ci się to znudzi? - spytałem sucho, nie przerywając zbierania zeszytów.
- Kiedy przestaniesz się zachowywać jak mała dziwka – odparł, a właściwie wyszczekał.
Jestem kozłem ofiarnym dlatego, że jestem młodszy?, pomyślałem, ale nie wypowiedziałem tego na głos. Nie chciałem, żeby spuścił mi lanie na środku korytarza. Z pewnością byłby do tego zdolny.
Wypuściłem tylko powietrze z płuc z wymownym prychnięciem, co strasznie nie spodobało się starszemu, który natychmiast znalazł się na wysokości mojej twarzy, przypierając mnie do szafek, stojących pod ścianą, znów – tym razem celowo – wysypując mi zeszyty z rąk. Zamarłem. Matsumoto przygryzł w złości dolną wargę. Tak bardzo, że z prawego kącika popłynęła cienka strużka krwi.
Nie wiem czemu zawsze się tak wkurzał.
- Słuchaj, gówniarzu – warknął, plując na wszystkie strony – To, że jesteś z dobrej rodziny nie znaczy jeszcze, że możesz się panoszyć, rozumiesz? - I kto to mówi?
Zacisnąłem dłonie w pięści. Miałem wielką ochotę go walnąć, ale wtedy na pewno by mi oddał. Jakby nie patrzeć, był ode mnie starszy i silniejszy. Wolałem nie ryzykować.
Pomimo jego usilnych starań, nie patrzyłem mu w oczy. Wkurzył się. Z jego gardła wydobył się dźwięk przypominając warczenie wkurzonego amstaffa.
Wygląd pasuje, pomyślałem i zaśmiałem się głupio.
- Co cię tak bawi? - szarpnął mną, uderzyłem głową w szafkę – Zadałem ci pytanie, głuchy jes-
- Starczy tego, Ruki – odezwał się ciepły, niski głos. Na ramieniu mojego oprawcy spoczęła pełna opanowania dłoń.
- A... Aoi? - twarz, która jeszcze chwilę temu wyrażała żądzę mordu teraz była zdezorientowana. O ile nie wystraszona – Stajesz w obronie tej dziwki? - zapiszczał, szarpiąc mnie wymownie za kołnierz koszuli od mundurka.
- Powiedziałem – dość! - Shiroyama złapał go władczo za przedramię, mocno zaciskając na nim swoją dłoń. Ruki natychmiast mnie puścił.
Obaj byliśmy rozkojarzeni. Dlaczego Aoi to zrobił? Trochę to do niego nie podobne, żeby stawał w obronie młodszych, szczególnie w MOJEJ obronie.
- Dlaczego...? - Spytał Ruki w chwili, gdy już otwierałem usta, żeby powiedzieć dokładnie to samo.
Szatyn prychnął, ale się nie odezwał.
- Aoi...?! - kurdupel zaczął panikować.
- Przestań, Ruki – pomachał na niego lekceważąco ręką – Nie mam dzisiaj ochoty na twoje humory.
Rozbrzmiał dzwonek, oznajmiający koniec przerwy. Ruki patrzył rozkojarzony to na mnie, to na Yuu.
- Podnoś tyłek, idziemy na matmę – Aoi złapał go za kołnierz i podciągnął go góry.
- Hai... - Mały podniósł się posłusznie – A tobie, mały pasożycie, jeszcze się dostanie.
Jego wzrok ciskał błyskawice. Odwrócił się na pięcie i ruszył grzecznie za przyjacielem.
A ja siedziałem pośród rozrzuconych zeszytów, w pustoszejącym korytarzu, patrząc na uczniów wchodzących do klas.
Nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, co się przed chwilą stało.
Nikt nie podszedł, nie spytał czy mi pomóc.
Kolejny dzień w raju.
Znów westchnąłem, pozbierałem zeszyty i poszedłem spóźniony do klasy. Oczywiście byłem kompletnie rozkojarzony i w ogóle nie zwracałem uwagi na to, co się działo na lekcji. Więc, oprócz oczywistej uwagi za spóźnienie dostałem jeszcze jedynkę. Dzięki, Matsumoto.
Boże, rodzice mnie chyba zabiją – marudziłem sam do siebie.
Szedłem do domu powłócząc nogami. Jak najwolniej, odkładając w czasie moment, w którym będę musiał powiedzieć, co się stało w szkole. Oczywiście, o awanturze z Rukim nie miałem zamiaru wspominać ani słowem.
- Wróciłem – powiedziałem smętnie, wchodząc do domu i rzucając torbę na skrzynię w przedpokoju.
- Coś taki smutny? - mama wyjrzała zza framugi drzwi prowadzących do kuchni – Coś się stało?
- Nie. Tak. Nie wiem... Dostałem jedynkę.
Spojrzała na mnie pobłażliwie.
- Dlatego masz taki humor? - Nie do końca..., pomyślałem – Dobrze się uczysz, więc nie mogę być o to zła. Każdemu się to zdarza – Wytarła ubrudzone z mąki ręce, podeszła i przytuliła mnie.
Jednak miałem najlepszych rodziców na świecie. Uśmiechnąłem się, podziękowałem i poszedłem do pokoju.
Z nieco poprawionym humorem odrobiłem lekcje, po czym usiadłem wyprostowany na łóżku i spojrzałem na czarną gitarę, stojącą samotnie w kącie.
To przez niego zacząłem grać, czyż nie? Kiedy zobaczyłem, jak jego palce poruszają się po gryfie, też zapragnąłem nauczyć się grać. I się nauczyłem. Chociaż to nie był ten sam poziom, powoli spełniałem swoje marzenie. W ten sposób poznałem swojego najlepszego przyjaciela – Byou, który śpiewał. Miał naprawdę genialny głos. Przysięgliśmy, że kiedyś założymy razem zespół.
Moje przemyślenia gwałtownie przerwał dzwoniący telefon. Spojrzałem na wyświetlacz. O wilku mowa.
- Tak?
- Kazuki... - Czyżby coś się stało? Jego głos był strasznie poważny – Słyszałem, że pobiłeś się z Takanorim Matsumoto z trzeciej klasy.
Potarłem skronie. Pięknie. Kocham sposób, w jaki roznoszą się plotki w naszej szkole. Niby nikt nic nie widział, a tu nagle dzwonie Byou, który miał wtedy lekcje w innym skrzydle. Ciekawe...
- Z nikim się nie pobiłem – burknąłem wymijająco – To raczej on prawie pobił mnie, ale to szczegół. W każdym razie, w odpowiednim momencie zainterweniował Aoi i... - ups.
- Aoi? Boże jest gorzej, niż myślałem – wbrew pozorom, był rozbawiony. I to bardzo.
- Wiesz co, Byou... Chyba już nigdy nic ci nie powiem. Miałem się z nim bić? Wtedy byłoby dobrze, co?
- Wtedy zachowałbyś się jak facet – teraz był śmiertelnie poważny – Ale nie. Ty cały czas łazisz i gadasz „Aoi-senpai to, Aoi-senpai tamto”. Błagam cię...
- Już o tym rozmawialiśmy – niecierpliwiłem się – Tu nie ma nic-
- Tak, jasne – przerwał mi. Na jego usta zapewne zawitał wredny uśmiech. Poznałem po głosie – Dobranoc, Kazu-chan – wymruczał mi słodko do słuchawki, po czym po prostu się rozłączył, nie czekając na odpowiedź.
Naiwnie wywaliłem język w stronę telefonu, tak, jakby mój przyjaciel mógł to zobaczyć.
Następnego dnia w szkole było względnie spokojnie. Względnie, ponieważ kilka razy mijałem Ruksa na korytarzu. Zawsze był z nim jednak albo Aoi albo Kouyou, którzy pilnowali, żeby nie robił głupot. Jeśli chodzi o Aoi'a, po prostu przechodził dalej, nawet na mnie nie patrząc. Mierzwił jedynie swoje włosy w zakłopotaniu. Natomiast Takashima uśmiechał się przepraszająco, co sprawiło, że czułem się głupio. Lubiłem go i nie chciałem, żeby miał z mojego powodu wyrzuty sumienia. Na szczęście Matsumoto nie widział jego miny, bo biedak mógłby jeszcze oberwać. Pomijając fakt, że Kouyou był większy od wyżej wymienionego o głowę, nawet on nie mógł się czuć bezpiecznie w towarzystwie tego małego agresora. Po prostu nie i koniec.
Mijałem ich już trzeci raz tego dnia, kiedy nagle zauważyłem pośród tłumu charakterystyczną blond czuprynę.
- Byou! - krzyknąłem.
- Widzę, że ktoś tu załatwił sobie goryli – podszedł do mnie, kierując swój wzrok na plecy Rukiego i Uruhy.
- Albo to raczej goryle postanowili się sami załatwić – powiedziałem drwiąco – Przysięgam, gdyby nie oni, już pewnie bym nie żył.
Spojrzał na mnie z ukosa.
- Błagam, tylko znowu nie zaczynaj... - przewróciłem oczami.
Uśmiechnął się tylko, wziął mnie pod rękę i ochoczym krokiem ruszył w stronę stołówki.
- Umieram z głodu – powiedział, z niecierpliwością wyciągając szyję w stronę dużych drzwi umieszczonych na końcu korytarza.
Już widzę te kolejki.
- Mogę ci dać moje bento – zawyłem błagalnie.
- Nie marudź – pociągnął mnie jeszcze silniej.
Nie miałem wyjścia, musiałem ustąpić. Z rezygnacją podążyłem za nim.
Na stołówce panował hałas i zaduch. Rozbolała mnie głowa. Już wiem, czemu rodzice nie chcieli, żebym jadał w szkole. Moją starszą siostrę posłali do prywatnej szkoły dla dziewcząt, gdzie podawane były obiady przygotowane z najwyższej klasy produktów. Ze mną chcieli zrobić to samo, ale zbuntowałem się – wolałem iść do publicznej szkoły. Dlatego prawie cztery lata, jeszcze w gimnazjum temu poznałem Aoi'a a później Byou...
- Hej, nie śpij – przyjaciel pstryknął mi palcami przed twarzą, co wyrwało mnie z odrętwienia.
- Przepraszam.
- Coś ty taki rozkojarzony? - patrzył na mnie badawczo.
- Ym... Właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że nigdy nie byłem w naszej stołówce – skłamałem.
Byou popatrzył na mnie jak na chorego psychicznie i odparł sarkastycznie, jak to miał w zwyczaju:
- Uważaj, bo jeszcze padniesz z zachwytu...
Zaśmiałem się cicho.
Nie staliśmy długo w kolejce, wszystko szło dość zgrabnie. Byou aż przebierał nogami ze szczęścia (lub głodu, szczerze mówiąc ciężko mi było zidentyfikować), kiedy zbliżała się jego kolej, aby podejść do okienka. Przywitał się szarmancko z kucharką, która obdarzyła go pełnym politowania wzrokiem, po czym położyła przed nim talerz z jakąś substancją niewiadomego pochodzenia, która w przybliżeniu mogła być ryżem z warzywami. Nie mogłem być jednak pewny na sto procent.
- Fuj – skrzywiłem się na widok tego „specjału”.
- No coś ty, przecież to raj na ziemi! - zawołał, obdarzając zachwyconym spojrzeniem kucharkę , odciągając mnie od okienka.
- Niezły z ciebie aktor – szepnąłem gdy oddaliliśmy się na tyle, żeby kobieta w okienku nas nie usłyszała i w momencie, kiedy Byou ze skrzywioną miną wygrzebywał coś groszkopodobnego ze swojego obiadu, mrucząc „ohydztwo”.
- Trzeba sobie radzić – wysypał zielone kulki do śmietnika, po czym znalazł dla nas wolne miejsce.
Usiadłem koło niego i wyciągnąłem pudełko z posiłkiem z torby.
- Co tam masz? - zaciekawiony, zajrzał mi przez ramię.
- Obiad – uśmiechnąłem się drwiąco – Też powinieneś przynosić swój. Dziwne, że jeszcze się tymi glutami nie otrułeś.
- To są bardzo zdrowe posiłki z wysoką ilością substancji odżywczych – powiedział, wkładając sporą grudkę do ust i przełknął, nawet nie gryząc.
- Jak możesz to jeść i nawet się nie skrzywić? - obdarzyłem go pełnym obrzydzenia spojrzeniem.
- Kwestia przyzwyczajenia. Instynkt przetrawnia mi to nakazuje. U ciebie by to nie przeszło – skwitował na widok równo ułożonych, idealnie symetrycznych kulek ryżowych.
- Ja przynajmniej wiem, co mam na talerzu.
Mój przyjaciel przewrócił oczami i zabrał się za swój posiłek.
Jedliśmy sobie spokojnie, rozmawiając na luźne tematy, aż nagle poczułem, że ktoś nade mną stoi. Na blat stołu padł spory cień. Przełknąłem głośno, mając zamiar uciec, ale nie miałem za bardzo gdzie. Jedyne co mi pozostało, to obrócić się i zobaczyć, kim jest tajemniczy osobnik.
- Cześć – Kouyou Takashima uśmiechał się szeroko. Nastroszone, farbowane na rdzawy blond włosy opadały mu w figlarny sposób na ramiona.
- Cz... cześć...? - Powiedzieć, że byłem zdziwiony, byłoby bardzo nie na miejscu. Lepiej ode mnie wyglądał jednak Byou, który otworzył oczy tak szeroko, że zdziwiłem się, że jeszcze nie wypadły. Oczywiście, usta również miał otwarte – Byou, ogarnij się – szepnąłem dyskretnie, po czym zwróciłem się w stronę wielkoluda – Mogę ci w czymś pomóc?
- Właściwie to mam pytanie – bezczelnie odsunął wolne krzesło i usiadł koło mnie, patrząc mi prosto w oczy – Co zrobiłeś Rukiemu, że chodzi taki wkurzony?
- Daj spokój, to było wczoraj, do jutra pewnie mu przejdzie... - powiedziałem wymijająco, skupiając wzrok na posiłku.
Zdecydowanie mu to nie wystarczyło. Złapał mnie za ramię i obrócił w swoją stronę. Wpatrywał się ze skupieniem, wlepiając we mnie ogromne, brązowe oczy.
- No...?
Chciałem, żeby sobie już poszedł, więc postanowiłem mu powiedzieć. W końcu był jego przyjacielem, tak?
- Myślę, że jest zazdrosny o Shiroyamę. Hej, czy z tym waszym wokalistą na pewno jest wszystko w porządku? Zachowuje się jak zakochana dwunastolatka.
Uruha zaśmiał się perliście, po czym spoważniał.
- Gdyby o to chodziło już dawno by ci dogadał.
- Jak, skoro na krok go nie odstępujecie? - tak, to miało sens – Może sami go spytacie?
- Aoi powiedział, że nie chce wiedzieć. Śpię spokojniej, będąc nieuświadomionym w pewnych sprawach – wyprostował się i zacytował z uniesionym palcem wskazującym – tak, to jego słowa – puścił perskie oko – A Ruki stwierdził, że skoro tak bardzo chcę wiedzieć, mam się ciebie zapytać. Więc jestem.
- A co ci tak na tym zależy? - spojrzałem na niego podejrzliwie.
- Martwię się o nich – powiedział, od niechcenia rysując palcem kółka na blacie stolika – Więc...?
- Więc... - odetchnąłem. On ma na mnie zdecydowanie zły wpływ. Powinienem być bardziej asertywny – Była taka sytuacja, w zeszłym tygodniu. Udało mi się wybłagać Aoi'a, żeby podszkolił mnie w grze. Więc przyszedłem do niego z gitarą i zaczęliśmy ćwiczyć. Ale szybko zrobiło się późno i nie miałem jak wrócić, więc Aoi sam zaproponował, żebym został na noc. Nie narzucałem się. Chyba nawet chciałem wracać pieszo do domu, ale powiedział, że nie chce mieć trupa na sumieniu, więc zostałem. Następnego dnia i tak była sobota. Rano przyjechał Ruki i kiedy zobaczył mnie śpiącego u Aoi'a w domu, wpadł w szał. Najlepsza scena zazdrości, jaką w życiu widziałem – zaśmiałem się drwiąco.
Takashima patrzył na mnie, wyraźnie rozbawiony.
- Chyba rozumiem – uśmiechnął się.
- Słuchaj, czy oni są razem? - postanowiłem być bezpośredni.
- Kto wie...? - powiedział tajemniczo, patrząc w okno, za którym widać było delikatnie opadające z nieba płatki śniegu.
Spojrzałem na niego, z zaciekawieniem. Czyli jednak obaj wolą chłopców, co?, zadrwiłem.
- Pasują do siebie – wstałem od stołu skierowałem się w stronę wyjścia.
- Czyżbyś był zazdrosny? - Kouyou pobiegł za mną.
- A wyglądam, jakbym był taki jak oni? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie, unosząc jedną brew.
- A chciałbyś być? - postanowił kontynuować zaczętą przeze mnie gierkę. Uśmiechał się prowokująco.
- Przestań – trąciłem go subtelnie łokciem.
Zaśmiał się szeroko, bo czym spojrzał na zegarek.
- Muszę już iść na lekcje – powiedział – Przemyśl sobie to, co ci powiedziałem! - pomachał mi, po czym zniknął w tłumie.
- Nigdy – Powiedziałem do siebie
Zauważyłem, że Byou patrzy na mnie zaciekawiony. Kompletnie zapomniałem o jego obecności. Fajny ze mnie przyjaciel, nie ma co. Teraz to dopiero będzie mi dokuczał.
- On zawsze gada w taki sposób? - wyglądał na zakłopotanego.
- Nie przejmuj się nim. Chodź na lekcje, zostały już tylko dwie.
Wzruszył ramionami i poszedł do klasy.
***
Zima zapowiadała się przepięknie. Pierwszy śnieg przyszedł w połowie listopada, szybko zasypując ostatki walczących roślin i utrudniając ruch drogowy. Niestety, szkoła nie została zamknięta.
Matsumoto jakby mniej mi dokuczał, ale za to spojrzenia Aoi'a stawało się coraz bardziej nieznośne. Byou mówił: „masz, co chciałeś”. Ale ja po prostu chciałem się z nim zaprzyjaźnić, a nie widzieć, jak codziennie mierzy mnie wzrokiem, z którego nic nie dało się wyczytać. Czułem się nieswojo.
Matsumoto jakby mniej mi dokuczał, ale za to spojrzenia Aoi'a stawało się coraz bardziej nieznośne. Byou mówił: „masz, co chciałeś”. Ale ja po prostu chciałem się z nim zaprzyjaźnić, a nie widzieć, jak codziennie mierzy mnie wzrokiem, z którego nic nie dało się wyczytać. Czułem się nieswojo.
Pewnego razu widziałem, jak Takashima złapał go za rękę i idąc środkiem korytarza patrzył na mnie wymownie. Dla niego wymownie, bo ja kompletnie nie wiedziałem, o co mu wtedy chodziło.
Kouyou żalił mi się kiedyś, że ich basista, Akira nie chciał się z nimi pokazywać publicznie, bo stwierdził, że zachowują się „gejowsko”. Mówiąc to, zrobił zbolałą minę i chyba zrozumiałem, dlaczego Akira się ich wstydził. Zaśmiałem się wtedy i powiedziałem, że nawet jeśli to prawda, mi to nie przeszkadza, bo lubię go za to jaki jest a nie, kim jest.
Czasami wydawało mi się, że jest zbyt wylewny i nic nie ukrywa. To dlatego, że zawsze zachowywał się w taki sposób – dosłowny, prowokujący. Ale nie pytałem. Nigdy nie spytałem, jak jest naprawdę. Nie musiałem pytać. Wiedziałem.
Rodzice traktowali go jak śmiecia, nie miał łatwo. Dlatego zawsze w szkole był taki wesoły. Dlatego tak się kleił do ludzi. Odreagowywał, szukał wsparcia. Zawsze było mi go żal, ale nie chciałem tego okazywać. Wiem, że duma by mu na to nie pozwoliła, mógłby mnie za to znienawidzić. Nie byłem jego przyjacielem, tylko sąsiadem. Ale ufał mi. Kiedy miał problemy, zawsze do mnie przychodził. Wtedy też nie zadawałem pytań. Kiedy zostawał u mnie na noc, czasami słyszałem, jak płacze w pokoju gościnnym.
Ostatnio znowu przyszedł do mnie w środku nocy, z zaczerwienionymi, podbitymi oczami i rozwaloną wargą.
- Boże, Kouyou – nie poznałem go – Znowu?
- Przepraszam, mam sobie iść? - jego głos był wypłukany z emocji.
- Zwariowałeś? - wydarłem się po nim, po czym szybko złapałem go za rękę i pociągnąłem do środka. Na zewnątrz była śnieżyca a biedak był w piżamie – Przecież mówiłem ci, że jakby coś się działo, masz natychmiast przyjść, pamiętasz?
Szeptałem, nie chcąc obudzić rodziców. Posadziłem go na kanapie i poszedłem szukać apteczki, przy okazji nastawiając wodę w czajniku.
Znalazłem wodę utlenioną i plastry. Podszedłem do pociągającego nosem blondyna.
- Co jest ze mną nie tak? - spytał.
- Jesteś inny, a twoi rodzice to konserwatyści. Może kiedyś im przejdzie – uśmiechnąłem się blado, nie patrząc w jego twarz.
- Chyba jak się wyprowadzę.
- To dlaczego jeszcze z nimi mieszkasz? Jak chcesz, to możesz u mnie...
- Nie, dzięki. Muszę być twardy – Wyprostował się.
Wyglądał iście groteskowo – rozczochrane włosy, czerwony nos, zapłakane oczy i ta zawzięta mina. Uśmiechnąłem się, podałem mu herbatę i usiadłem obok.
- Podziwiam cię, wiesz? Mimo wszystko, śmiejesz się, jesteś zdeterminowany, pełen chęci do walki.
- A może to tylko maska?
- Nie mów tak. Żaden człowiek na twoim miejscu nie byłby w stanie się uśmiechać, zachowywać tak, jak ty się zachowujesz. Znaczy, że nadal jesteś sobą.
- Dziękuję ci – odłożył herbatę na stolik, po czym zbliżył się i mnie przytulił – Dziękuję, że mimo wszystko mnie nie odrzuciłeś, że mogę na ciebie liczyć, choćby i w środku nocy. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy - mówił załamującym się głosem.
Jego ciałem zaczęły wstrząsać silne dreszcze. W miejscu, w którym znajdowała się jego twarz, koszula zrobiła się mokra od łez.
Wisiał na moim ramieniu, porywany spazmami nagłego płaczu. Jego dłonie zatopiły się w mojej koszulce, która - jako że była nieco zbyt luźna – zsunęła się z jednego ramienia.
Zrobiło mi się smutno. Byłem też nieco rozkojarzony. Tak długo, jak go znam, nigdy nie zachował się w taki sposób. Zawsze starał się być twardy. Wiedziałem, że tak nie jest, ale mimo wszystko on starał się zachować chociaż pozory. Po raz pierwszy naprawdę widziałem, jak płacze. Nie wiedziałem, jak interpretować jego zachowanie. Czy miałem zacząć już panikować? W końcu, takie załamanie jego zachowania mogło nie wróżyć nic dobrego. A może po prostu, w końcu, postanowił zaakceptować mnie jako bliską sobie osobę? Ufał mi, ale nigdy się tak przede mną nie otworzył. Miałem mętlik w głowie.
- Kouyou... - szepcząc mu do ucha, pogłaskałem go po włosach, starając się go uspokoić – Właściwie, dlaczego ty mi tak ufasz? Dlaczego akurat mnie? Chodzi mi o to, że nie jestem jedyną osobą w podobnym do twojego wieku w sąsiedztwie, czyż nie? A mimo to, zawsze kiedy jest ci źle przychodzisz tylko do mnie. Wiem, że to działa też w drugą stronę. Ale nie mogę zrozumieć, dlaczego.
Podniósł powoli głowę. Patrzył na mnie zdziwionym spojrzeniem ciemnobrązowych oczu.
Po chwili jego twarz przybrała zamyślony wyraz.
- Hm... Myślę, że chodzi o twoją aurę – odezwał się po kilku sekundach – Otacza cię niesamowita atmosfera. Wszyscy mamy wrażenie, że kiedyś będziesz kimś wielkim. Jesteś utalentowany, charyzmatyczny, masz potencjał. I złote serce – uśmiechnął się ciepło - Dlatego Aoi tak do ciebie ciągnie.
Zaraz, c o?!
- Słucham? - patrzyłem na niego ogłupiałym wzrokiem.
- Strasznie go onieśmielasz. A on myśli, że widzisz to, że za tobą łazi, dlatego ma wrażenie, że go unikasz.
SŁUCHAM?!
- Ła... łazi za mną? - A czy to nie działa czasem w druga stronę?
Pytanie brzmi – jakie są jego zamiary. Wiem przecież, że tak samo jak Ruki woli chłopców.
A ja chcę jedynie nauczyć się lepiej grać. No i co jak co, ale to on jest charyzmatyczny, nie ja.
Charyzmatyczny i e g o i s t y c z n y.
Uruha popatrzył na mnie jak na chorego psychicznie. Po chwili na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Najpierw zachichotał dyskretnie, po czym to chichotanie przeistoczyło się w śmiech, tłumiony poduszką, którą przyłożył sobie do twarzy, żeby nie obudzić moich rodziców.
- Co cię tak bawi? - obdarzyłem go spojrzeniem spod przymrużonych powiek.
- Nic, po prostu jesteś kompletnie ślepy – był ewidentnie rozbawiony.
- Hę? O czym ty mówisz?
- No, o Aoi'u oczywiście – przysięgam, że tak szerokiego uśmiechu jeszcze nie widziałem. Nawet u niego. Ta nagła zmiana nastroju trochę zbiła mnie z tropu.
- Może tak jaśniej? - irytowała mnie ta zabawa w kotka i myszkę.
- Chodzi mi o to, że Ruki jest za-zdro-sny~ – zaśpiewał, kręcąc w powietrzu młynka palcem wskazującym.
Obwicie oplułem stolik herbatą, którą właśnie piłem. Miałem dziwne przeczucie, że to się mogło źle skończyć, ale bardzo nie chciałem, żeby wystygła, więc w czasie naszej rozmowy cały czas ją popijałem.
- Ja... jak to „zazdrosny”? O mnie? - spytałem, krztusząc się.
- No a o kogo? - otworzył niedowierzająco oczy - Aoi praktycznie nie gada o niczym innym jak o tym, że „Kazuki to geniusz. Zobaczycie, jeszcze będzie lepszy ode mnie!”, albo „Ten dzieciak jest niesamowity!”. A już w ogóle hitem jest „Wczoraj znowu mijałem go na korytarzu! Ruki, czemu ty nie jesteś taki słodki?” - Mówił to z takim przekonaniem i miną niewiniątka, że zgłupiałem.
- Aoi-senpai? Jesteś pewiem? - byłem sceptycznie nastawiony.
Przytaknął mi energicznie.
- Co jak co, ale takim kłamczuchem jak Ruks to ja nie jestem – nadął policzki.
- No dobra, przecież ci wierzę – spojrzałem na niego przepraszająco – Co nie zmienia faktu, że Shiroyama widząc mnie zachowuję się w sposób, który kompletnie przeczy temu co powiedziałeś.
- Mówiłem ci już. Onieśmielasz go. A do tego jesteś śliczny – zbliżył się do mnie, mrużąc powieki.
Odepchnąłem go od siebie. Oblewając się gwałtownym rumieńcem, odwróciłem się w drugą stronę.
- Czy jest w waszym zespole chociaż jedna osoba, która woli dziewczyny?
Takashima zamyślił się.
- No. Kai i Reita z tego co mi wiadomo – wzruszył ramionami.
- Mówisz, jakby to było coś dziwnego!
- Niech żałują – uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Na litość boską, Koyou, jak ty możesz być taki dosłowny? - popatrzyłem na niego z litością.
- A ty? - jego spojrzenie przybrało drapieżny wyraz – Wolisz dziewczyny?
- Oczywiście...!
- Zawahałeś się – uśmiechnął się triumfalnie.
- Nie prawda! - broniłem się
- Ale jesteś czerwony – zaśmiał się, po czym jego twarz diametralnie zmieniła wyraz. Wydawał się być zamyślony. Wyglądał, jakby knuł coś złego - Jutro jest sobota, prawda? - upewnił się. Przytaknąłem - To dobrze. Zostanę na noc, a potem gdzieś cię zabiorę.
Patrzył na mnie diabelnie. Przełknąłem głośno ślinę, ale wolałem nie protestować.
Zaprowadziłem go do pokoju gościnnego, po czym sam położyłem się spać.
Śnił mi się Aoi, który zawzięcie kłócił się o coś z Rukim. Nie słyszałem jednak słów. Widziałem wkurzonego Shiro, który gestykulował zawzięcie i płaczącego z frustracji Matsumoto. Nie wiem, czy śniło mi się to tylko chwilę, czy może przez całą noc. Wiem tylko, że to był mój jedyny sen aż do momentu przebudzenia.
_________________
Ok, to tyle na dzisiaj~ Mam już stały dostęp do komputera, więc następny rozdział powinien pojawić się niedługo, trzymajcie za mnie kciuki! :D
I pamiętajcie o komentarzach. Bo zacznę gryźć~ s(・`ヘ´・;)
AHA I OGŁASZAM KONKURS NA TYTUŁ! DLA TEGO, KTO WYMYŚLI COŚ ŁADNEGO I CHWYTLIWEGO NAPISZĘ FICKA Z WYBRANYM PARINGIEM~ (jrockowym oczywiście) (ノ´ヮ´)ノ*:・゚✧
EDIT: mam już tytuł.
WSZYSTKIE WYDARZENIA PRZEDSTAWIONE W TYM OPOWIADANIU SĄ WYMYSŁEM CHOREGO MÓZGU AUTORKI I CZYSTKĄ FIKCJĄ LITERACKĄ~
_________________
Ok, to tyle na dzisiaj~ Mam już stały dostęp do komputera, więc następny rozdział powinien pojawić się niedługo, trzymajcie za mnie kciuki! :D
I pamiętajcie o komentarzach. Bo zacznę gryźć~ s(・`ヘ´・;)
AHA I OGŁASZAM KONKURS NA TYTUŁ! DLA TEGO, KTO WYMYŚLI COŚ ŁADNEGO I CHWYTLIWEGO NAPISZĘ FICKA Z WYBRANYM PARINGIEM~ (jrockowym oczywiście) (ノ´ヮ´)ノ*:・゚✧
EDIT: mam już tytuł.
WSZYSTKIE WYDARZENIA PRZEDSTAWIONE W TYM OPOWIADANIU SĄ WYMYSŁEM CHOREGO MÓZGU AUTORKI I CZYSTKĄ FIKCJĄ LITERACKĄ~
piątek, 14 lutego 2014
walentynki (PARINGU NIE ZDRADZĘ, TEHE~)
Więc tak... Życzę wam, moi
kochani, wszystkiego najlepszego z okazji walentynek!
Chociaż może jest to lekka hipokryzja z mojej strony, bo sama walentynek nie obchodzę (nie mam z kim, hehe~) i niespecjalnie je lubię, to postanowiłam, że może to być jakiś ciepły gest z mojej strony i napisałam dla was krótkie opko, które szczególnie dedykuję mojej najlepszej przyjaciółce Aki, dziękuję, bez twojego wsparcia pewnie nie zdecydowałabym się na dalsze pisanie,
oraz wokaliście zespołu Royz - wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Baru-chan~! ♥
Chociaż może jest to lekka hipokryzja z mojej strony, bo sama walentynek nie obchodzę (nie mam z kim, hehe~) i niespecjalnie je lubię, to postanowiłam, że może to być jakiś ciepły gest z mojej strony i napisałam dla was krótkie opko, które szczególnie dedykuję mojej najlepszej przyjaciółce Aki, dziękuję, bez twojego wsparcia pewnie nie zdecydowałabym się na dalsze pisanie,
oraz wokaliście zespołu Royz - wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Baru-chan~! ♥
_____________________________
Blondyn poprawił szalik i spojrzał w niebo. Tegoroczna zima była ogromnym zaskoczeniem dla całego kraju; Tak intensywnych opadów nie widziano od lat.
Wielkie, białe grudy
śniegu sypały się z nieba,w ciągu zaledwie godziny dokładnie
pokrywając każdy wolny centymetr kwadratowy chodników, dachów
budynków, drzew a nawet głów i ramion przechodniów.
Uśmiechnął się do siebie i wystawił język, na którym wylądowała i w ciągu ułamka sekundy roztopiła się biała grudka. Kolejna spadła na jego nos.
Uśmiechnął się do siebie i wystawił język, na którym wylądowała i w ciągu ułamka sekundy roztopiła się biała grudka. Kolejna spadła na jego nos.
Nie przejmował się
mijającymi go ludźmi, którzy obdarzali go krzywymi spojrzeniami.
Miał to w nosie, był szczęśliwy. Nie wiedział do końca
dlaczego, przecież nic się nie wydarzyło.
Jeszcze...,
uśmiechnął się w duchu.
Dzisiaj
wyzna swoje uczucia ukochanej osobie. Najwyżej nie weźmie go na
poważnie, wyśmieje, albo zacznie omijać szerokim łukiem. Trudno.
Odczuje ulgę, że jest z tą osobą szczery.
Ale nie mogę zrobić
tego tak... Po prostu..,
zamyślił się. Rozejrzał się po wyłożonych szkarłatnymi
ozdobami witrynach sklepów. Tylko co mam kupić? Wszystko
jest takie oklepane.
Wzruszył
ramionami. Walentynki mają to do siebie, że są oklepane, tandetne
i – przede wszystkim – konsumpcyjne. Spojrzał w kierunku
najbliższej cukierni. Na widok ciągnącej się na chodniku kolejki
wstrząsnął nim zimny dreszcz.
Czekoladki odpadają
- I pomyślał o płaskim
brzuchu swojej przyszłej walentynki, szczupłych rękach, zgrabnych
nogach. Pokręcił głową – zdecydowanie odpadają.
Nagle za plecami usłyszał pisk szczęścia. Zaciekawiony, odwrócił
się w tamtym kierunku. Dziewczyna w szkolnym mundurku przytulała
się do wysokiego chłopaka. W ręce trzymała pluszowego misia.
Chociaż bardziej trafnym określeniem byłoby tu słowo
„niedźwiedź”, bo pluszak był ogromny, wielkością niemal
dorównywał drobnej uczennicy. Miś był jasnobrązowy a w łapach
trzymał czerwone serce.
To
jest to!, Pomyślał, nagle olśniony blondyn, po czym popędził
do sklepu z zabawkami. Kupił jednać coś mniejszego. Dużo
mniejszego. Chciał, żeby to było subtelne, raczej symboliczne.
Uśmiechnął się na widok maleńkiego, mieszczącego się w dłoni
szarego misia, który – podobnie jak tamten olbrzymi – dzielnie
dzierżył w łapkach czerwone serduszko, na którym po angielsku
napisane było „I Love You”.
Zarumienił się, na myśl o wręczeniu tego prezentu, włożył
misia do małej torebki na prezent w różnorodnego koloru i kształtu
serduszka i schował pakunek do kieszeni płaszcza, do których
wsunął również zmarznięte dłonie.
Z
każdą chwilą denerwował się coraz bardziej.
Stwierdził, że zanim wyzna swoje uczucia, musi przygotować się do
tego psychicznie. Udał się więc do parku.
Wchodząc
tam zauważył pewną ciekawą właściwość. Mianowicie, park
zapełniony był parami. TYLKO parami. Blondyn był jedyną samotną
osobą, przynajmniej w zasięgu swojego wzroku.
Do czasu, pomyślał,
niecierpliwiąc się.
Zakochani
otaczali go z każdej strony. Jedni siedzieli na ławkach, drudzy
spacerowali, inni jeździli na prowizorycznym parkowym lodowisku. A
wszyscy bez wyjątku patrzyli sobie w oczy i trzymali się za ręce,
co kilka minut wymieniając się pocałunkami.
Nagle
zawiał silniejszy wiatr, strącając blondynowi z szyli wełniany
szalik i porwał go kilka metrów dalej. Konkretnie – prosto do
rzeki, która wciąż jeszcze nie zdążyła zamarznąć. Jasnowłosy
patrzył, jak jego szalik znika pomiędzy nielicznymi odłamkami
lodu.
Przeklął
pod nosem i usiadł na najbliższej ławce.
Może to był
znak...?, pomyślał, znów
spoglądając w pokryte śniegowymi chmurami niebo.
Zamyślił
się. Co jego walentynka w ogóle myśli o tym święcie?
To głupie – odezwał
się głos w jego głowie – No bo... Skoro się kogoś
kocha,
nie czeka się cały
rok, żeby mu to powiedzieć, prawda?
To strasznie
sztuczne...
Zagryzł wargi i nie zastanawiając się zbytnio, zgniótł w dłoni
torebkę z misiem, która jednak nadal pozostała w jego kieszeni. To
wspomnienie jakoś nagle go zniechęciło.
Westchnął
i odprowadził wzrokiem jakąś śmiejącą się parę.
-
Będziesz chory, Baru-kun – nagle tuż nad jego lewym uchem odezwał
się znajomy głos – Gdzie zgubiłeś szalik?
-
K... Kuina? Co ty tu robisz?!
-
Poszedłem się przejść – wzruszył ramionami fioletowowłosy i
usiadł obok przyjaciela.
Spojrzał
jeszcze raz na jego odkrytą szyję i zacmokał z dezaprobatą. Zdjął
swój szalik i bez słowa owinął nim blondyna.
-
Ale...
-
Nie marudź. Mnie nic nie będzie a ty zbyt łatwo się przeziębiasz.
Głupio by było, gdybyś teraz... - urwał i przygryzł dolną
wargę.
Jasnowłosy spojrzał na niego z nieukrywaną ciekawością.
-
Gdybym teraz co?
Fioletowy
odwrócił wzrok. Blondyn dopiero teraz zauważył, że cały czas
trzymał coś w ręce. Była to biała, nie podpisana koperta, której
rogami bawił się nerwowo.
-
Kuina... - położył dłoń na jego ramieniu.
Wywołany podniósł się nagle z ławki, stanął do niej bokiem, a
właściwie prawie plecami i nie patrząc na przyjaciela wręczył mu
rzeczoną, lekko zmiętą kopertę.
-
Co to?
-
Nie gadaj. Otwórz.
Jego
twarz płonęła soczystą czerwienią.
Serce
blondyna na moment zupełnie się zatrzymało, by potem zacząć
uderzać w żebra ze zdwojoną siłą. Drżącą ręką odebrał
kopertę.
Powoli
zaczął ją otwierać.
-
Nie wlecz się tak – niecierpliwił się fioletowowłosy.
-
Przepraszam.
Wyciągnął
zawartość koperty i wstrzymał oddech. W dłoni trzymał – ni
mniej, ni więcej – tylko właśnie intensywnie czerwoną, ale
skromną kartkę walentynkową. Czując, że zaraz zemdleje, otworzył
ją i przeczytał, nakreślone krzywym pismem przyjaciela słowa:
„kocham cię, głupku”. Poczuł rozlewające się ciepło w
okolicy serca. Uśmiechnął się, a z jego oka popłynęła
pojedyncza łza, której jednak fioletowy nie zauważył.
-
Kuina... Ty... ty naprawdę nie potrafisz okazywać uczuć –
uśmiechnął się ciepło.
Fioletowowłosy
zrobił skrzywioną minę i już miał odejść, lub przynajmniej
zapaść się pod ziemię ze wstydu, kiedy przyjaciel złapał go
nagle za rękę, zerwał się z ławki i przytulił.
-
Dziękuję... - wyszeptał blondyn i dyskretnie wcisnął mu w dłoń
torebkę z misiem – Też cię kocham.
I
nie chcąc mówić już nic więcej po prostu go pocałował. Poczuł,
jak świat woków niego wiruje. Zamknął oczy i pozwolił swojemu
umysłowi odpłynąć. Wszystko wokół niego stało nie nagle nie
ważne. Liczył się tylko On i uczucie, które ich łączyło. Choć
dotyk kolczyków w jego wardze i języku, w liczbie dokładnie
dziesięciu był czymś dziwnym i zupełnie dla blondyna nowym, to
było w tym coś intrygującego, co działało na niego prawie jak
afrodyzjak. Powoli ich usta rozdzieliły się, jednak twarze wciąż
stykały się ze sobą.
-
Wszystkiego najlepszego, Subaru – uśmiechnął się prawie
prowokująco fioletowy. Blondyn czuł, jak kolana się pod nim
uginają.
-
To było z okazji walentynek, czy urodzin? - spytał zadziornie.
-
Wybierz – odpowiedział wyższy, po czym pocałował go jeszcze
raz, tylko – ku rozczarowaniu blondyna – krócej.
-
Myślałem, że nie wierzysz w walentynki.
-
Bo nie wierzę – wzruszył ramionami – Zrobiłem to dla ciebie.
Bo cię kocham...
Młodszy
śledził, jak twarz jego przyjaciela znów zmienia kolor na
czerwony. Uśmiechnął się.
- A
więc śledziłeś mnie? - spojrzał na niego z udawaną
podejrzliwością.
-
Nie do końca – fioletowowłosy uśmiechnął się szeroko.
A
uśmiechał się naprawdę pięknie – szeroko, ukazując pełen
komplet bielutkich, prostych zębów i mrużąc przy tym w zabawmy
sposób oczy.
-
Cieszę się... - blondyn zarumienił się nagle i opuścił wzrok.
- Z
czego znowu?
- Z
tego że cię mam. Sprawiłeś mi najlepszy prezent urodzinowy i...
walentynkowy, jaki w ogóle mogłem sobie wyobrazić. Sam miałem ci
o tym powiedzieć, ale nerwy mnie zjadły i-
-
Oj nie gadaj tyle – zacmokał wyższy i pocałował go, bardziej
namiętnie i o wiele dłużej w porównaniu do dwóch poprzednich
pocałunków.
Odpływam... -
pomyślał blondyn – Jestem szczęśliwy. Dziękuję ci,
Kuina. Dziękuję i kocham cię.
Zatopił dłonie w jego fioletowych włosach. Miał ochotę
wykrzyczeć swoje szczęście całemu światu.
Do tej pory jego
urodziny były dla niego najgorszym dniem w roku, kiedy czuł się
szczególnie samotny. Wiedział, że już tak nie będzie.
Faktycznie, dostał najlepszy prezent urodzinowy.
_____________________________
Więc tak... Przepraszam, że tak krótko. To miał być tylko
symboliczny prezent, więc nie chciałam się też za bardzo
rozpisywać.Ale powiem, wam że nie wiem czemu, ale dziwnie się czułam pisząc to O.o
Nie
chciałam zdradzać na początku paringu (chociaż poniekąd to
zrobiłam XD), ale wybrałam taki celowo, właśnie ze względu na
dzisiejsze urodziny Subaru. Uznałam, że to urocze. A dlaczego
Kuina? Bo go uwielbiam a jego przyjaźń z Subaru to po prostu
cud-malina :D
Dziękuję
wam za wytrwałość i mimo wszystko fakt, że ktoś to czyta.
Dziękuję
również za prawie 250 wyświetleń. Chociaż, jak to ja, oczywiście
muszę ponarzekać. Jest mi smutno, bo pomimo tylu odsłon, wciąż
nie chcecie komentować. A to jest rzecz, która najbardziej motywuje
do dalszej pracy i rozwijania pasji, jaką jest dla mnie pisanie.
Jeszcze
raz życzę miło spędzonych walentynek wszystkim tym, którzy mają
z kim, oraz tym samotnym :) (jak ja lolololol XDD)
Dziękuję raz jeszcze - keró-kón aka Tamashi
Dziękuję raz jeszcze - keró-kón aka Tamashi
Subskrybuj:
Posty (Atom)