niedziela, 12 stycznia 2014

"Nauczę cię kochać" (The gazettE)


Więc tak... W końcu udało mi się dodać to opowiadanie. Powiem szczerze - nie jestem z niego zadowolona. Nawet nie chciało mi się sprawdzać błędów >.<

Nie zdradzę wam paringów :> Niech to będzie dla was niespodzianka. Nie powiem wam też, o czym jest opowiadanie. Po prostu chcę, żebyście je przeczytali i napisali mi komentarz. Zróbcie to, pliz, tym razem wasze zdanie jest dla mnie jeszcze bardziej ważne niż poprzednio ;___;

I ŻEBY NIE BYŁO: JEŻELI KTOŚ UWAŻA, ŻE RUKI TO ÓSMY CUD ŚWIATA, NAJBARDZIEJ ŚWIĘTY I CUDOWNY CZŁOWIEK NA ZIEMI - TO NIE JEST OPOWIADANIE DLA NIEGO.
TAK, ZLINCZUJECIE MNIE ZA TO, ALE ZROBIŁAM Z NIEGO STRASZNEGO BAŁAGANIARZA XDDD (i nie tylko ;______;)

No więc, bez zbędnego, dalszego gadania, zapraszam do lektury :3

___________________________


 - Raaany... - Reita przeciągnął się na ogromnej kremowej kanapie, wyciągając nogi na szklany stolik do kawy – Wiecie co? Zbyt długo się leniliśmy... Na samą myśl o tym, że mamy znów zacząć trasę koncertową, mam dość.
  - Żartujesz sobie?! - Aoi obdarzył go najbardziej pogardliwym spojrzeniem, jakie posiadał w swoim repertuarze – Znaczy, całkiem upadłeś na głowę? Albo po prostu jesteś aż tak głupi.
 - Daj spokój, Aoi. Dobrze wiesz, że to śmierdzący leń. Po co w ogóle z nim dyskutujesz? - Kai nawet nie podniósł wzroku znad sterty papierów, które piętrzyły się na biurku, przy którym siedział. Zmarszczył tylko brwi, po czym znów wrócił do studiowania ich, mrucząc coś do siebie.
 Aoi przewrócił oczami. Jak on mógł tak bluźnić? Przecież występy na żywo to najlepsza część ich pracy. Po to żyją, dla takich momentów tworzą... Móc widzieć przed sobą tłumy ludzi, które Cię uwielbiają, które przychodzą na koncerty specjalnie dla Ciebie, poczuć znów przypływ ożywiającej adrenaliny. Poczuć się szczęśliwie wyczerpanym, podziwiać jego ruchy na scenie...
   Zaraz, co?
Aoi otrząsnął się z dziwnego wrażenia. O czym on właśnie pomyślał? Pokręcił głową, cmokając z dezaprobatą. Tak nie powinno być. Musi zabrać się do pracy, zanim całkiem zacznie wariować.
 W tym momencie do pokoju wszedł Ruki, niosąc wielki kubek z kawą. Wyglądał... no cóż... Wyglądał jak zmora. Ruki, nie kubek, rzecz jasna.
Jego malutkie oczy, na których nie miał założonych soczewek, przypominały wąskie szparki. Efekt podkreślały ciemne smugi pod oczami, świadczące o skrajnym niewyspaniu. Ubrany był w ogromny dres; Sunął zbyt długimi nogawkami po brązowym dywanie, narzucona na klatkę piersiową koszulka przypominała czarny worek. Przy jego drobnej posturze wyglądało to naprawdę zabawnie.
 - Widzę, że znowu korzystasz z szafy Uruhy – zakpił Reita – o której poszliście wczoraj spać?
 - No cóż – Ruki opadł na kanapę z zamyślonym wyrazem twarzy, spojrzał na trzymany w dłoni kubek – Jeżeli ilość wypitej kawy jest odwrotnie proporcjonalna do ilości przespanych godzin... to bardzo późno.
Uśmiechnął się złośliwie. Nagle, jakby wiedziony dźwiękiem jego słów, do pokoju wszedł Uruha, ocierając oczy dłonią. Pomimo faktu, że sam spał tylko czasu, co Ruki, wyglądał wprost promieniująco.
Aoi poczuł ukłucie zazdrości. Zagryzł dolną wargę.
 - Cześć wszystkim – Kouyou usiadł obok, Rukiego, który ostentacyjnie objął go ramieniem w pasie.
Uruha naprawdę prezentował się o wiele lepiej od wokalisty. W odróżnieniu od niego wyglądał w miarę świeżo. Nie miał też na sobie gigantycznego dresu, w którym wyglądałby jak wieszak. Ale nawet jeśli założyłby ubranie, której w tamtej chwili miał na sobie Takanori – który, jakby na to nie spojrzeć jest od niego o głowę niższy – wyglądałby w nim... normalnie. Być może również dlatego, że najprawdopodobniej było to jego ubranie.
W każdym razie gitarzysta zdecydowanie nie miał na sobie wielkiego dresu. A przynajmniej nie było to coś, co okrywałoby go od pasa w górę. Owszem, miał na sobie wygodne, sportowe spodnie, ale jego brzuch i klatka piersiowa były zupełnie nagie, odsłaniając pięknie wyrzeźbione ciało. Skóra była jasna, ale w delikatnie oliwkowym odcieniu. Zdawała się być porcelanowa i krucha.
 Ruki przejechał palcem po zagłębieniu na środku jego brzucha. Uruha skrzywił się na ten gest czułości.
 - Skończcie z tym teatrzykiem – odezwał się Reita – Ruki, wszyscy wiemy, że jesteś zboczony i niewyżyty, ale mógłbyś się ogarnąć. Nie koniecznie chcemy to oglądać... - skrzywił twarz w grymasie niezadowolenia – Poza tym, Uruha, do ciężkiej cholery, czemu on wiecznie popierdala w tej twojej piżamie? Weź kup mu jego własną na urodziny, święta, czy rocznicę i z łaski swojej przestań łazić półnagi.
 - Święte słowa! - obruszył się nagle Ruki – Uruś, skarbie dlaczego się obnażasz?!
Nadął policzki. Uruha wyglądał na zmieszanego. Nie. Wyraźnie nie wiedział, co ma powiedzieć. I wyglądał trochę tak, jakby chciał się zapaść pod ziemię. Pomasował nerwowo kark.
 - No wiesz... Pożyczam ci moje koszulki, bo sam nie lubisz chodzić z gołym brzuchem.
 - Urocze. Ale i tak proszę, byś coś na siebie założył. Nawet w tym towarzystwie, nie podoba mi się, że ktoś poza mną widzi cię no... nago.
Shima przewrócił oczami, wyraźnie zniecierpliwiony.
Reita, Kai i Aoi jęknęli zniesmaczeni.
Lider podniósł wzrok znad biurka:
 - Uru, błagam. Oszczędź nam tej jego tyrady i po prostu się ubierz.
Brunet przygryzł wargę. Myślał nad czymś gorączkowo.
 - Nie mam – odezwał się po chwili, wzruszając ramionami.
 - Jak to „nie masz”?! - Reita wybałuszył na niego oczy.
 - No nie mam. Dałem wszystkie koszulki Rukiemu. Kai marudził, że ma syf w pokoju, więc wrzucił je do prania.
Rei zmiażdżył perkusistę wzrokiem.
 - Same z tobą problemy, przeklęty pedancie... - westchnął, po czym kręcąc głową z niezadowolenia zaczął zdejmować swoją koszulkę, by podarować ją przyjacielowi.
Uprzedził go Aoi. Zanim Reita się zorientował, ten stał już koło drugiego gitarzysty, półnagi, trzymając w wyciągniętej dłoni własną koszulkę.
 - Masz.
Uruha patrzył na niego, zdziwiony. 
 - No bierz! Bo Rukiemu jeszcze strzeli do głowy jakiś głupi pomysł na twój widok, a raczej wolelibyśmy tego uniknąć.
Nie patrzył na niego. Jego wzrok utkwiony był w jakimś obiekcie na oknem.
Uruha posłusznie przejął od niego koszulkę i zarzucił na siebie jednym, zgrabnym ruchem.
Aoi wyszedł z pokoju bez słowa.
  Ruki spróbował pocałować bruneta, ale ten, milcząc odwrócił od niego twarz.
Wokaliście wyraźnie się to nie spodobało. Prychnął na niego, po czym podniósł się z kanapy, odłożył z trzaskiem kubek na stolik, rozlewając przy okazji pozostałą w nim kawę i tupnąwszy nogą poszedł w kierunku odwrotnym do tego, w którym udał się Aoi.
Uruha spuścił wzrok.
 - Czy mi się wydaje, czy on cię wykorzystuje? - spytał Reita z troską.
 - On... On po prostu się nie wyspał – Uruha, wyraźnie zdołowany pociągnął dyskretnie nosem.
 - Nie tłumacz go – odezwał się Kai zza biurka – wszyscy wiemy, że to szantażysta – Podniósł głowę i zsunął lekko z nosa swoje okulary do czytania – Słuchaj, jeśli nie czujesz się dobrze w zaistniałej sytuacji, po prostu powiedz słowo a my... - Reita przytakiwał mu gorączkowo kiwnięciami głowy 
 - Daj spokój – Uruha przerwał mu - wszystko jest OK – uśmiechnął się blado.
 - Kłamiesz – skomentował Rei – widać to po tobie. Coś jest nie tak a ty nie chcesz nam powiedzieć, co.
 - Po prostu nie chcemy wyciągać pochopnych wniosków.
 - Więc darujcie sobie to dochodzenie – Uru podniósł się z kanapy – Jestem dorosły. Ruki też. Żaden z nas nie potrzebuje, żeby prowadzić go za rączkę.
 - Kouyou, staramy się pomóc – głos Kai'a stężał.
Uruha przygryzł dolną wargę. Kiedy lider mówił do nich po imieniu, oznaczało to, że jest śmiertelnie poważny. Chciał uniknąć konfrontacji.
 - Powiedziałem już – skwitował, po czym opuścił pokój dzienny i, nie wiedząc, dlaczego, udał się do sypialni wokalisty.
Wszedł bez pukania. Nigdy tego nie robił. Była to ich niepisana zasada. Zaufanie przede wszystkim. Uruha uśmiechnął się gorzko na tą myśl.
Takanori leżał na łóżku, twarzą zwrócony w stronę okna. Koszulka Uruhy została rzucona przez niego na podłogę. Takashima westchnął i usiadł na łóżku obok Rukiego.
Musnął palcem wgłębienie na nagim boku wokalisty.
 - Przepraszam... - wyszeptał i ucałował jego prawą łopatkę – Nie chciałem, żeby było ci przykro.
 Blondyn bez słowa odwrócił się w jego stronę, przyciągnął go do siebie i pocałował. Długo i beznamiętnie. Jakby zostawiał na nim świadectwo własności. Mówił „jesteś mój”.
Z oka Uruhy spłynęła pojedyncza łza. Udając, że jej nie zauważył, przymknął powieki.
Wiedział, co teraz będzie.
Teraz Ruki zrobi z nim to, co będzie chciał zrobić.
Będzie go bolało, będzie miał ochotę krzyczeć, wyrwać się i uciec z pokoju, ale nie zrobi tego. Dlatego, że poprzysiągł sobie, że sprawi, żeby Ruki był szczęśliwy za każdą cenę. Nawet jeśli stawką było jego ciało i zdrowie.
  Nadal będzie udawał przed resztą zespołu, że wszystko jest w porządku, tak, jak robił to do tej pory.
  Koyou przełknął resztę łez cisnących mu się do oczu i po prostu pozwolił, by jego tak zwany przyjaciel wykorzystał go – tak, wykorzystał. Uruha doskonale wiedział, że jest wykorzystywany, ale wmawiał sobie, że przyjaźń wymaga poświęceń – tak, jak mu się podoba.
  Zasyczał, gdy wokalista wgryzł się w jego kark, niczym wampir. Dość głęboko, by poczuł, że skóra pęka i wypływa z niej cieniutka stróżka krwi. Nawet nie zauważył, kiedy wokalista zdążył zdjąć z niego ubrania.
  Ruki popchnął go na materac i zawisnął nad nim, uśmiechając się drapieżnie. Uru odwrócił wzrok, starając się nie pokazać kłębiących się w nim emocji.
 Miejmy to już za sobą.
  Blondyn położył się na nim i przycisnął brutalnie swoje usta do jego, tym razem wkładając więcej emocji w pocałunek. Wydawał się nim delektować. Spijać z niego cały smak. Następnie obdarował serią krótkich pocałunków jego szyję, obojczyk, klatkę piersiową...
                                                                          *** 
 - Boże, jak oni tak mogą... - Reita z niesmakiem spojrzał w stronę pokoju wokalisty – Co ty na to, żeby wygłuszyć im ściany?
 - Nie podoba mi się to – Kai zmarszczył brwi. Siedział na fotelu naprzeciwko Reity – Ruki zachował się jak obrażona królewna, tylko dlatego, że Uru nie chciał go pocałować. I jeszcze ta chora akcja z jego odkrytym brzuchem. Wiesz co, jak dla mnie to, co się tam dzieje brzmi zbyt brutalnie. Tym bardziej zważając na fakt, że oni całą noc...
 - Wiesz, ja się tam nie wsłuchuję – Rei spojrzał na niego badawczo – Ale też wydaje mi się, że Ruks przegina.
 - To przecież oczywiste, że on go wykorzystuje – szatyn był wyraźnie zbulwersowany – Ruki to zboczona świnia i w idiotyczny sposób owinął sobie naiwnego Uruhę wokół palca. Doskonale wie, jak wzbudzić w nim poczucie winy. Chociaż, nawet jak na niego to i tak zbyt wiele.
 - Dość tego – warknął nagle Aoi z drugiego końca pokoju. Kai i Reita odwrócili głowy w jego stronę – Nie pozwolę, by tak go traktował.
 - Stój, to nie ma sensu – zatrzymał go basista – Teraz chcesz tam wchodzić?
Yuu zatrzymał się, namyślił, po czym złożył ręce na piersi, nadął policzki i opadł na kanapę.
 - Masz rację. Poczekam aż skończą. Ale wtedy niech Bóg chroni tego małego gremlina, żeby coś z niego zostało, gdy już skopię mu tyłek – zazgrzytał zębami.
 - Nie unoś się tak. Wokalista nam się jeszcze przyda – Rei podsunął mu pod nos paczkę papierosów.
 - Drugi gitarzysta też – warknął odpychając jego dłoń – Poza tym... Uruha... - głos mu się załamał – Mój Uruha... Ruki to kretyn, który nawet nie potrafi dostrzec, jaki skarb ma tuż pod nosem. Wykorzystuje go jak... jak swoją zabawkę. Nie daruję mu tego – wycedził przez zaciśnięte zęby.
 - Więc to o to chodzi...! - krzyknął basista triumfalnie – Zakochałeś się, Aoi.
 - Ale z ciebie idiota, Rei – Kai zdzielił go po głowie – Zero wyczucia. I nie zachowuj się, jakbyś co najmniej odkrył zamieszkałą przez obcą formę życia planetę.
 - Po prostu się nie cackam, tak? Co ja mogę poradzić na to, że Aoi to życiowa sierota, au! - Reita, oburzony pomasował bolące miejsce – Kai, nie bij mnie już...
 - Nie będę, jeśli zmądrzejesz – skwitował, po czym zwrócił się do gitarzysty – Obiecaj mi, że z nim porozmawiasz. Na spokojnie.
Aoi wymruczał coś pod nosem, podniósł się i zarzuciwszy nagle lekką kurtkę i okulary przeciwsłoneczne stwierdził, że wychodzi.
Gdy tylko trzasnęły drzwi wejściowe, Reita zwrócił się do lidera:
 - Wiedziałeś?
 - Nie jestem ślepy – wzruszył ramionami – Uruha ma rację. Są dorośli. Nie będę się w to mieszał.
 - Jesteś ich przyjacielem, do cholery! - Akira podbiegł do niego i wstrząsnął nim, mając nadzieję, że się opamięta, cudem otrzeźwieje i ruszy z hukiem do Ruksowej sypialni celem uratowania ich biednego gitarzysty – Widzisz, co się dzieje, wiedziałeś o wszystkim, dlaczego nie zareagowałeś wcześniej? Ja... Byłem ślepy, masz rację. Nie zauważałem, co się dzieje. Ale gdybym wiedział, do cholery... Zrobiłbym coś, Kai. A ty po prostu czekałeś bezczynnie, aż wszystko się posypie. Jesteś strasznym ignorantem. Ignorantem i egoistą. Wiesz, co...
Przerwał mu przeciągły jęk, który zabrzmiał tak, jakby ktoś zanosił się płaczem.
Uruha.
 - Wystarczy – Reita zmarszczył brwi. Ruszył w stronę pokoju wokalisty.
 - Stój! - zagrzmiał Kai – Zrób jeszcze krok w tamtą stronę a przysięgam, rozwiążę zespół!
Zawahał się, ale nie poszedł dalej. Westchnął, wyciągnął telefon, wystukał coś energicznie, po czym schował komórkę z powrotem do kieszeni. Spojrzał zimno na perkusistę.
Nie.
To nie było zimne spojrzenie. To spojrzenie zmroziło krew w żyłach Kai'a. Poczuł się, jakby nagle wylądował na Arktyce. I to w samej bieliźnie.
 - Ja nic nie zrobię – uniósł dłonie w poddańczym geście, ale jego głos był równie zimny, co spojrzenie – Ale chcę, żebyś wiedział, że jak tak dalej pójdzie, przyszłość zespołu wisi na włosku. I to wyjątkowo cienkim. Któryś z nas w końcu się złamie. I mam wrażenie, że to się stanie o wiele szybciej, niż przypuszczasz.
 Jakby w odpowiedzi na jego słowa, z pokoju Rukiego znów dobył się płacz.
 - Ruki, błagam... Przestań... - Słychać było, że Uruha z trudem łapał powietrze.
Reita skrzywił się. To, co się działo... To była jakaś kompletna paranoja. Ruki zawsze był egoistyczny i znany ze swoich małych szantaży, ale to było już przegięcie. Rei powiedział, że nic nie zrobi w tej sprawie. Nie teraz. Poczeka i porozmawia z Rukim. Chociaż wszystko się w nim aż gotowało i miał ochotę zdzielić go porządnie po twarzy, wiedział, że gdyby nadarzyła się ku temu okazja, nie zrobiłby tego. W życiu by go nie skrzywdził. Mógłby walnąć Aoi'a, ale Rukiego? Nigdy.
Nagle rozległo się trzaśnięcie drzwiami. Do pokoju wpadł zdyszany Aoi, ściskając w ręku smartfona. Zdjął w pośpiechu kurtkę i rzucił ją na kanapę. Nie miał już na nosie swoich okularów przeciwsłonecznych. Zapewne cisnął je gdzieś na chodnik i zdeptał w złości po odebraniu wiadomości od Reity.
Zdecydowanym krokiem ruszył do pokoju wokalisty.
 - Nawet nie próbuj mnie zatrzymywać – warknął do Kai'a, który chyba nawet nie miał takiego zamiaru.
Kopniakiem otworzył drzwi i nie powstrzymując się walnął Rukiego z pięści, zrzucając go z łóżka. Blondyn był zszokowany. Szybko zarzucił na siebie koc i spojrzał na Aoi'a wyzywająco.
 - Wypierdalaj stąd, Takanori – wysapał, zbyt wkurzony, by wdawać się z nim w niepotrzebną dyskusję. Chciał uniknąć ponownego użycia pięści, ale wokalista wydawał się być niewzruszony – No już! Zanim przywalę ci drugi raz, tylko mocniej!
 - To mój pokój – odezwał się buntowniczo. 
 - Nie obchodzi mnie to. Wynoś się, nie chcę cię widzieć. On chyba zresztą też – skinął głową na skulonego na łóżku Uruhę.
Ruki prychnął na niego, ale wyszedł z pokoju, potykając się o koc. Z trzaskiem zamknął za sobą drzwi.
Aoi słyszał, jak Kai z Reitą wrzeszczą na niego, przeklinając soczyście. Nie wsłuchiwał się jednak zbytnio w treść.
 Przypadł szybko do bruneta, który leżał wstrząsany niekontrolowanymi torsjami, płacząc i dusząc się własnym oddechem z twarzą schowaną w poduszce.
 - Matko boska, Uruha!
  Jego plecy zaznaczały poprzeczne, czerwone pręgi z których cienkimi strugami sączyła się krew. Między nimi, niczym plamy z farby, mieniły się wściekle fioletowe i czarne świeżo wychodzące siniaki.
Aoi poczuł, jak w jego gardle rośnie ogromna, przeszkadzająca w równomiernym oddychaniu i cisnąca natrętne łzy do oczu kula.
Delikatnie, starając się nie zrobić mu krzywdy, nakrył Uruhę kołdrą, przytulił go i zaczął uspokajać.
 Takashima płakał rozpaczliwie, jak dziecko. Aoi bał się, że w każdej chwili może zachłysnąć się powietrzem i po prostu przestanie oddychać. Uniósł go powoli i położył jego głowę na swojej piersi.
  Kouyou, czując ciepło bijące od ciała szatyna i jego delikatne ręce, gładzące jego włosy, uspokoił się nieco. Wplótł palce w jego czarną koszulkę i oddychał rytmicznie.
Aoi szeptał do niego uspokajająco, starając się pomóc mu wyrównać oddech. Przytulił się do niego mocniej, jednak wciąż pamiętając o jego ranach. Udawał, że nie słyszy podniesionych głosów z pokoju obok. Nie chciał słyszeć. Wiedział, że Ruki dostanie nauczkę, akurat to niezbyt go martwiło. Jedyne, co go naprawdę interesowało to fakt, że Uruha może się po tym nie pozbierać. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
Co prawda nie widywał u niego wcześniej podobnych ran, ale też nie zawsze gitarzysta pokazywał się z odkrytą klatką piersiową. No i od jakiegoś czasu w ogóle przestał chodzić w swoich ulubionych spodniach z odkrytymi udami.
  Aoi drgnął. Bojąc się co ujrzy uniósł powoli pościel w miejscu, gdzie znajdowały się nogi Uruhy. Zamarł.
Właśnie takiego widoku najbardziej się obawiał. Mimo wszystko do końca miał nadzieję, że go uniknie. Był naiwny.
  Zgrabne, szczupłe nogi Takashimy pokryte były pręgami, podobnymi do tych na plecach, z tą różnicą, że część z nich była wyblakła i zabliźniona a część dopiero co przestała krwawić. Spomiędzy nich również wyglądały drobne, wyblakłe fioletowe plamki.
  Obraz Aoi'a rozmazał się nagle, przez łzy, które napłynęły mu do oczu.
 - Przepraszam...
Wiedział, że to nie za bardzo go pocieszy. Oklepane słowo. Próbował jednak. Pomimo że był to zaledwie jeden wyraz, trzy sylaby, miał magiczną moc dodawania nadziei. Działał kojąco. Sprawiał, że człowiek zaczynał wierzyć, że następny dzień będzie o wiele lepszy od poprzedniego. Za sprawą jednego slowa...
Uruha pociągnął nosem.
 - Nie masz mnie za co przepraszać – podniósł powoli wzrok. Nie wyglądał najlepiej. Był cały zasmarkany – bo w tym wypadku nie da się użyć innego słowa – zaczerwienione i podkrążone oczy, rozcięta warga i w kilku miejscach również skóra – To ja jestem winien. Tylko ja, nikt inny.
Aoi miał wielką ochotę go uderzyć. Winien? On? Niby czego? Tego, że Ruki to prostak, który wykorzystywał go na każdy możliwy sposób a on zgadzał się, ponieważ się bał? Nie mieściło mu się to w głowie.
Ale zamiast zdzielić go po twarzy, po prostu pogłaskał go po włosach, szepcząc do ucha, by przestał się obwiniać.
 W końcu, jeżeli się kogoś naprawdę kocha, nigdy nie podniosłoby się na tą osobę ręki. Czyż nie? Dlatego właśnie Aoi nigdy nie uciekłby się w przypadku Uruhy do przemocy.
Ponieważ go kochał.
Kochał go i dlatego właśnie tolerował jego związek z Rukim. Myślał, że jest szczęśliwy, a jedynym, czego naprawdę pragnął, było jego szczęście. Pragnął widzieć, jak się uśmiecha w tak charakterystyczny sposób, jak podczas uśmiechu pięknie zaznaczają mu się kości policzkowe, oczy zwężają w zabawny sposób. Nie ważne, że nie zasypiał w jego ramionach.
Pragnął tego co prawda, ale nie kosztem tego uśmiechu. 
Gdyby to zrobił, zachowałby się jak Ruki, który w brutalny sposób zdarł z jego twarzy ten cudowny, naturalny uśmiech, z dnia na dzień zastępując go jakąś dziwną, spaczoną wersją.
Aoi zauważył to, ale w momencie, gdy było już za późno.
Nie takiego Uruhę chciał oglądać. Jego piękna, niczym wyrzeźbiona z marmuru twarz naznaczona była bliznami. Co chwila pociągał napuchniętym, czerwonym nosem.
 - Obiecuję – Aoi wyszeptał zaciskając pięść – Ruki zapłaci za to, co ci zrobił. Już nigdy cię nie tknie, przysięgam.
Takashima patrzył na niego ogromnymi, wystraszonymi oczami.
 - Nie rób mu krzywdy, błagam – wycharczał.
  Powiedzieć, że Aoi był zdziwiony, byłoby ogromnym niedomówieniem. Po tym wszystkim co Takanori mu zrobił on dalej naiwnie go broni.
Dalej go kocha, przemknęło przez głowę szatyna.
 - Dlaczego go bronisz? - uniósł głowę Uruhy, delikatnie łapiąc go za brodę – Nadal go kochasz, prawda? Pomimo tego, co-
 - To nie tak – Uru pokręcił głową – Nie kocham go. Nigdy nie kochałem. Ja po prostu... Nie wiem, czemu to robiłem, ale przez pewien czas naprawdę, wierzyłem, że to ma przyszłość. Wiesz... Mi go było szkoda. Widziałem, jak w pewnym momencie zaczął staczać się po równi pochyłej – patrzył tępo w okno, od czasu do czasu pociągając nosem, lub ocierając łzy – Pomogłem mu,a le on najwyraźniej źle odczytał moje intencje. Ale było mi go żal. W końcu, zapewniłem mu jakiś zalążek uczucia. Tylko on z czasem chciał coraz więcej, zaczął wymagać ode mnie... A mi, z tego żalu ciężko było odmówić. I wszystko znów wyrwało się spod kontroli...
  Jak zwykle - pomyślał Aoi – zawiedliśmy. Zawiedliśmy jako drużyna. Coś, co w założeniu miało być trwałe i nierozerwalne. Z zewnątrz niby wszystko wygląda pięknie. Nasz zespół jest trochę jak takie śliczne pudełko. Jak pieprzona, pięknie zdobiona szkatułka, bez jakiejkolwiek zawartości. Ładna, gdy się na nią patrzy, nie otwierając jej. To grozi ogromnym rozczarowaniem.
 Zaraz. 
 Wróć.
 Nie kocha go?!
A może...

Nie daj się ponieść emocjom, Shiroyama.

 - To miejsce mnie przygnębia – Uruha podniósł się chwiejnie na łóżku, zrzucając z siebie zakrwawioną pościel.
  Pierwszą reakcją Aoi'a było odwrócenie wzroku. Z dwóch powodów.
Po pierwsze: patrzenie na tak pokaleczonego Uruhę sprawiało mu niemiłosierny ból i powracała ochota zabicia Rukiego z premedytacją za wyrządzenie Kouyou takiej krzywdy.
Po drugie: na litość boską, Uru był kompletnie nagi. Nawet pomimo czerwonych szram, zaschniętej, roztartej krwi i czarnych siniaków, to wciąż było to samo ciało, tak pięknie i idealnie wyrzeźbione, na widok którego Aoi aż cały drżał.
 - Najpierw zarzuć coś na siebie – jego wzrok utkwiony był w dłoni, zaciśniętej na klamce od drzwi.
Słyszał, jak Uruha porusza się niezgrabnie, potykając się o własne kończyny, ale wiedział, że się ubiera.
Poczuł się lepiej.
 - Już?
 - Mhm. Chodźmy stąd.
  Aoi ujął go delikatnie pod bok, pomimo tego, że brunet nie był aż tak okaleczony, by nie mógł iść o własnych siłach. Był to zwykły, cichy objaw uczucia, jaki Yuu chciał mu okazać.
  W pokoju dziennym nie było nikogo. Albo przenieśli się z kłótnią w jakieś inne miejsce, albo poobrażali na siebie nawzajem i gdzieś ich wywiało. 
Aoi wzruszył ramionami. Było mu naprawdę wszystko jedno.
Wszedł do pokoju, położył Uru na łóżku i spojrzał na niego z troską.
 - Nie chciałbyś przebrać się w coś czystego? Albo wykąpać? Poczułbyś się lepiej.
 - Nie, ja... - zaczął, chciał coś powiedzieć, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Przemyślał coś dokładnie, po czym znów się odezwał – Aoi, zostań ze mną.
Szatyn poczuł ciepło w okolicy serca. Uruha uśmiechnął się niepewnie.
 - Ale pójdź się umyć i ubierz coś czystego – nie ustępował – Martwię się o ciebie.
 - Chyba pierwszy raz usłyszałem coś takiego – brunet zaśmiał się, ledwo zauważalnie. Jednak Aoi to widział.
Było to dla niego jak nieśmiały przebłysk słońca w pochmurny dzień.
Nadzieja.
Odwzajemnił uśmiech.
  Uru udało się wygrzebać coś czystego z szafy i wyszedł z pokoju.
  Yuu modlił się w duchu, żeby nie spotkał tam Rukiego. Wyjrzał dyskretnie przez wąską szparę w drzwiach. Na szczęście nie było tam ani śladu blondyna. Odetchnął i usiadł na łóżku. Zdał sobie sprawę z tego, że nigdy tak naprawdę nie przyglądał się temu pokojowi. Bywał tu jedynie wtedy, gdy Uruha był zbyt pijany, żeby dać radę samemu się położyć, lub zbytnio się opierał, ledwo stojąc na nogach. Jedyną osobą, której wtedy słuchał był właśnie Aoi. A i tak, nigdy w takich sytuacjach nie zapalał światła, bojąc się, że rozbudzi Uru.
  Nigdy nie był też w pokoju Reity i Kai'a. Sypialnię Rukiego zobaczył dopiero chwilę temu, chociaż i tak zbytnio jej się nie przyglądał. Jedyne co zapamiętał, to wszechobecny bałagan i silny zapach tytoniu.
  Zamieszkali razem w tym ogromnym mieszkaniu, by łatwiej było im zbierać materiały na nową płytę, która właśnie miała swoją premierę. A oni byli w skrajnej rozsypce.
  Aoi rozejrzał się po pokoju. Był bardzo schludny, żeby nie powiedzieć – skrajnie czysty czy nawet pedantyczny.
Na półkach nie dostrzegł ani śladu kurzu, wszystko było idealnie poukładane. W kącie na stojakach pięknie prezentowały się lśniące, ulubione gitary Uru. Tuż na nimi stała ogromna, wbudowana w ścianę półka na płyty, zapełniona po brzegi.
  Jedyną rzeczą, która nie pasowała do panującego w pokoju porządku był stos kartek, zapisanych odręcznie, piętrzący się na biurku.
Piosenki...?, pomyślał Aoi.
Ale nie podszedł do biurka, by zaspokoić ciekawość. To były prywatne zapiski Uruhy i nikt nie dał mu prawa, by do nich zaglądał.
Obok kartek stała pełna popielniczka o którą niedbale oparta była paczka mentolowych Marlboro. Aoi uśmiechnął się na ten widok. Wyobraził sobie skupionego Uruhę, skrobiącego coś na kartce, z dymiącym papierosem w ustach.
Pomimo wypełnionej popielniczki i wiedzy Aoi'a, że Uru był nałogowym palaczem od wielu lat, w odróżnieniu od pokoju wokalisty, tutaj zdecydowanie nie czuć było zapachu tytoniu. To było coś... Coś słodkiego, co za każdym razem uderzało w jego nozdrza, gdy tylko wchodził do tego pokoju. Sam Kouyou też tak pachniał. Aoi zamknął oczy i pozwolił, by inne zmysły przejęły nad nim kontrolę. Nabrał powietrza do płuc; Poczuł słodki, egzotyczny zapach.
Kokos.
Nie miał pojęcia, czy źródłem zapachu był jakiś szampon do włosów, odświeżacz powietrza, czy ukryte gdzieś w pokoju płatki kokosowe.
Uśmiechnął się i bezczelnie położył na łóżku, wdychając leniwie słodki zapach kokosa.
  Po jakimś czasie drzwi otworzyły się i stanął w nich Uru, trochę bardziej przypominający już żywą istotę, ale wciąż zmęczony.
 Nie miał na sobie koszulki. Jego ciało pokrywały poprzyklejane koślawo plastry. Uśmiechnął się blado, siadając na łóżku obok Aoi'a.
 - Dziękuję ci. Pewnie usłyszysz to ode mnie jeszcze wiele razy, ale jestem ci naprawdę wdzięczny.
 - Co? Za co znowu? Najpierw mnie przepraszasz, potem mi dziękujesz... Nie zrobiłem nic takie-
 - Owszem, zrobiłeś – Uruha pokręcił głową – Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak wiele. Przerwałeś błędne koło, uratowałeś nas obu. 
 - Aoi, zdziwiony, nie odrywał od niego spojrzenia.
 - Nawet bardziej Rukiego niż mnie – kontynuował Śliczny – On... On teraz nareszcie będzie mógł poszukać prawdziwej miłości. Ja go po prostu pocieszałem, bo widziałem, jak nieszczęśliwy był. To wszystko moja wina, Aoi. Ja to zacząłem, to przeze mnie stał się... taki.
  Uruha siedział okrakiem na łóżku, w dłoni ściskając skrawek kołdry, na której, w miarę mówienia, jego dłoń zaciskała się coraz mocniej. Przypominał dziecko, które w sytuacjach stresowych gniecie fałdkę koszulki lub sukienki.
Po jego policzkach znów popłynęły łzy.
Szatyn zaczął panikować. Nie wiedząc za bardzo, co ma robić, przytulił go.
 - Nie płacz – prosił – Nie mogę znieść tego widoku. Proszę, nie płacz, Uru. Jestem tu, słyszysz? Nie musisz się już martwić, jest po wszystkim.
Brunet objął go w pasie, kładąc głowę na jego ramieniu. Czuł, że łzy powoli ustępują, walczył z nimi. Nie chciał już być słaby. Wiedział, że może się z tego podnieść, z pomocą Aoi'a.
 - Dziękuję ci. Jesteś prawdziwym przyjacielem, Aoi.
Yuu uśmiechnął się gorzko. Być może było na to zbyt wcześnie, ale w tej marnej sytuacji wyczuł swoją jedyną szansę. Powie mu.
Nabrał powietrza do płuc.
 Raz kozie śmierć.
 - Z tym że ja nie chcę być twoim przyjacielem, Uruha.
Kouyou spojrzał na niego wystraszony. Zauważył, że szatyn uśmiecha się ciepło.
 - Chcę być czymś więcej. Wybacz mi, że mówię to w takiej chwili, ale wiesz, jaki jestem. Takie rzeczy mówię tylko przyparty do muru – zauważył , że jego twarz wciąż wykrzywia grymas głębokiego zdziwienia, lub nawet strachu – Nie patrz tak na mnie. To nie jest objaw litości. Znasz mnie, wiesz, że nic takiego nie przyszłoby mi do głowy. Ja... powiedziałbym ci wcześniej, ale widziałem, jaki byłeś szczęśliwy. To znaczy, wydawało mi się, że jesteś szczęśliwy. Teraz widzę, że po prostu byłem strasznym ignorantem i widząc tą imitację związku, zaślepiony nią, nie zauważałem, że tak naprawdę byłeś strasznie nieszczęśliwy. Po prostu byłem głupi.
 - Sam zauważyłeś, że spanikowałem – Uruha ostrożnie dobierał słowa – I wiesz, dlaczego. Bałem się, że pomimo tego, co ci powiedziałem, ty chcesz mnie potraktować tak samo, jak ja potraktowałem Rukiego.
 - Nigdy bym się na coś takiego nie odważył. Za bardzo boję się, że mógłbym cię stracić. 
 - Ufam ci Aoi, doskonale o tym wiesz. Wiesz, że jeśli potrzebuję pomocy, świadomie lub nie, zawsze zwracam się do ciebie. Dlatego, że z całej waszej czwórki, ty zawsze byłeś mi najbliższy – uśmiechnął się – W tej chwili, nie potrafię jeszcze ocenić moich uczuć. Wiem tylko, że zawsze mogę na ciebie liczyć i że nie zawiodę się w tym przekonaniu.
  Wtulił się w niego. Pomimo tego, że był nieco wyższy od Aoi'a, skulił się do tego stopnia, że wydawał się być niezwykle drobny, cały mieszcząc się na jego kolanach. Szatyn wyczuł coś w tej cichej próbie znalezienia wsparcia. Może Uruha naprawdę nie był tego świadom, ale Aoi to poczuł; Coś, co przypominało ledwie tlący się płomyk nieśmiałego uczucia.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Ten ledwo wyczuwalny płomyk rozbudził w nim na nowo nadzieję. Postanowił znów zaryzykować.
 - Uru...
 - Hm...? - Brunet podniósł powoli wzrok.
 - Mógłbym coś spróbować? Tylko jedną rzecz. Przestanę, jeśli taka będzie twoja decyzja.
 - M... myślę, że tak, ale co ty-
 - Zamknij oczy.
 - Co? Po co?
 - Po prostu to zrób, Uru, proszę...
 - N... no dobra – Kouyou uśmiechnął się niepewnie. Była to namiastka jego normalnego, szczerego uśmiechu.
  Aoi'a przeszły ciarki. Od karku aż po lędźwie. Nareszcie... Uruha uśmiechał się tylko dla niego. Nie był to co prawda jego piękny, szeroki uśmiech, ale najważniejsze, że nie był wymuszony.
 Spojrzał na jego usta z myślą, że już za chwilę będzie mógł poczuć ich smak. 
Delikatnie zbliżył do siebie jego twarz, wciągnął powietrze i sam zamknął oczy. Powoli, bardzo powoli dotknął jego ust. Uruha drgnął, ale nie odepchnął go od siebie. Aprobata. Aoi musnął jego wargi jeszcze raz, tym razem nie odczepiając się już od nich. Poczuł, jak dłonie bruneta oplatają go w pasie. Usłyszał, jak mruczy z zachwytu, jak coraz mocniej żarzy się w nim szkarłatny płomień uczucia.
  Podobno pierwszy pocałunek ma utwierdzić w przekonaniu, że osoba, którą się kocha jest tą właściwą. W tym przypadku zdecydowanie tak było. Aoi był pewien. Jego dłoń zniknęła gdzieś we włosach Uru, druga zabłądziła w okolicę jego biodra. Był szczęśliwy, Kouyou nie odrzucił go. Dał szansę zarówno jemu, jak i sobie. Sam nawet, w subtelny sposób prowokował go, by nie przerywał. Nie zrobił tego, pomimo że obaj już ledwo łapali powietrze w płuca.
  Uru nareszcie czuł się bezpieczny i kochany w objęciach Aoi'a, którego uczucie najwyraźniej zaczął odwzajemniać. Serce biło mu w piersi jak szalone.
Aoi był już kompletnie zdyszany. Niechętnie puścił bruneta.
 - Tego się się kompletnie nie spodziewałem – jego źrenice były powiększone. Przypominał trochę narkomana, który wreszcie dostał upragnioną działkę. Oddychał ciężko.
 - Szczerze mówiąc, ja też... - Śliczny, speszony spuścił wzrok.
Nie miał pojęcia, co się z nim dzieje. Przyłożył dłoń do piersi. Czuł, jakby serce miało go za chwilę rozedrzeć od środka. Ale było to całkiem przyjemne uczucie.
Spojrzał nieśmiało na Aoi'a, który trzymał go za rękę, uśmiechając się do niego ciepło. 
 - Dziękuję – Uruha wtulił się w niego. Czuł, jak do oczu znów napływają mu łzy, ale tym razem nawet nie próbował ich powstrzymywać – Naprawdę ci dziękuję... 
                                                                                ***

 - Ruki, stój! - Reita wrzasnął do zbiegającego szybko po schodach wokalisty – Stój, słyszysz?!
 - Zostaw mnie – blondyn warknął na niego, przy okazji o mało nie zabijając się o nogawkę zbyt długich spodni Kai'a. Przeklął w myślał jego długie nogi. Uniósł prawą rękę w stronę basity, zapewne chcąc pokazać mu jakiś gest, ale Akira nie dowiedział się, jaki, gdyż bluza również była na Rukiego za duża i rękaw zasłonił całą jego dłoń.
 - Zatrzymaj się, do cholery – Reita robił wielkie kroki, przeskakując po kilka schodków. Dopadł Takanoriego i jednym ruchem przygwoździł go do ściany – Wiesz... - wysapał – Ucieczka byłaby o wiele bardziej efektowna, gdybyś pojechał windą. No i mnie kosztowałoby to o wiele mniej wysiłku. Wiesz, moje płuca już nie- 
- Puść mnie, Rei – Ruki przerwał mu chłodno.
 - Zapomnij.
 - Mało ci? Wrócę tam i wyślecie mnie do wariatkowa, „bo jestem chory”.
 - Uspokój się. Po pierwsze – nikt nigdzie nie będzie cię wysyłał, nie pozwolę na to. Po drugie – Nie mówiłem, że masz wracać. No, nie teraz. Chcę z tobą porozmawiać – zrobił zbolałą minę – Ruki, martwię się o ciebie...
 - A to coś nowego – blondyn złożył ręce na piersi – To już nie jesteś na mnie zły? Co?
Prowokował go. Reita doskonale o tym wiedział i miał wielką ochotę go walnąć. Wiedział jednak, że co jak co, ale na niego w życiu nie podniósłby ręki. Zmarszczył jedynie brwi.
 - Jestem wkurwiony... Z dwóch powodów, chcesz wiedzieć, jakich? - Ruki wymruczał „niespecjalnie”, ale Suzuki, widać, nie przejął się tym zbytnio, bo kontynuował – Powód numer jeden: wykorzystałeś Uru, traktowałeś go jak swoją zabawkę. Głupi był, bo się zgadzał, ale ty byłeś jeszcze głupszy, bo nie widziałeś, że robisz mu krzywdę. Powód numer dwa – jego twarz nagle złagodniała. Przyciągnął do siebie wokalistę, który był wyraźnie rozkojarzony – Jestem wkurwiony, bo sam nie zauważyłem tego wcześniej. Nie widziałem, że tak naprawdę byłeś nieszczęśliwy. Może Uruha pozwalał ci się wykorzystywać, bo widział to i było mu cię żal. Znam go i wiem, że byłby do tego zdolny. A ty po prostu chciałeś być kochany, prawda? Wiem, że tak. Ciebie też znam. I naprawdę jestem zły na siebie za to, że cały ten czas byłem tylko biernym obserwatorem rozpadu tego, co łączyło nasz zespół. Ale mam szczerą nadzieję i przeczucie, że uda się odbudować to zaufanie. Wystarczy tylko odrobina chęci. I przebaczenie, przede wszystkim.
 - Rei... - Ruki zadrżał, wtulił się w ramię basisty – Przepraszam... Zachowałem się jak egoista. Znowu. Masz rację Reita, ja... - z jego oczu nagle popłynęły łzy – Nie wiem, czemu to robiłem. Czemu nie zauważyłem, że krzywdzę nie tylko Uruhę, ale cały zespół. Znów nie pomyślałem. Uru chciał mi pomóc, pocieszyć mnie a ja go wykorzystałem. Przeze mnie zespół się rozpadnie – panikował – Rei, co ja mam zrobić? Chcę to wszystko naprawić, uwierz mi... Wiem, że źle zrobiłem, ja... Przeprasza, Retia... Naprawdę przepraszam.
 - Nie mnie musisz przepraszać, Ruki. Wiesz o tym. Poza tym, to ja powinienem przeprosić ciebie.
Powiem mu! Dzisiaj mu to powiem. Teraz...
 - O czym ty mówisz? - Ruki zmarszczył jedną brew.
 - Jeszcze się nie domyśliłeś? - Reita zacmokał, wyraźnie zniecierpliwiony– Po tym wszystkim, co powiedziałem, ty nadal...
Takanori pokręcił przecząco głową.
  Albo jest głupi, albo gra sobie ze mną...
 - Rei westchnął, jeszcze bardziej zniecierpliwiony, przytrzymał wokalistę, żeby czasem mu nie uciekł, po czym przyparł do niego i wpił się w jego usta.
 - Mhmm....?! - wymruczał zaskoczony Ruki.
 - Chciał zawołać „Reita?!”, ale siłą rzeczy, nie miało prawa mu się udać. Basista nie puścił go. Nie pogłębił też pocałunku. Czekał na reakcję ze strony blondyna, który po chwili przestał mu się opierać.
  Akira stwierdził, że na razie wystarczy. Puścił go powoli.
 - Teraz rozumiesz? - uniósł brwi. Patrzył na Rukiego błągalnie.
 - Ja... Reita, ty... Dlaczego mnie? Dlaczego to nie mógł być Kai, albo Aoi? - wyglądał na zrozpaczonego – Przecież ja... Ja nie potrafię kochać, Rei. Nie potrafię...
 - Jego głos się załamał. Osunął się na kolana. Przyłożył dłonie do twarzy i zaszlochał. Akira uklęknął koło niego, obejmując go.
 - Potrafisz i udowodnię ci to. Sam nie poddam się tak łatwo. Pomogę ci, obiecuję.
 - Wierzę w to, Rei. Wierzę, że uda ci się naprawić moje wypaczone pojęcie miłości. Wierzę, że będę mógł spojrzeć Uru w twarz i powiedzieć, że potrafię już pokochać. Pomimo tego, że jemu się to nie udało, mam szczerą nadzieję, że ty nauczysz mnie kochać.
 - Nie poddam się – powtórzył i znów go pocałował, tym razem wkładając w ten pocałunek najwięcej uczucia, na ile było go stać.
                                                                                 ***
  Kai odetchnął głośno i wszedł do ich wspólnego mieszkania.
Jak perkusję kocham, kiedyś ich wszystkich pozabijam. Dorośli faceci, też mi coś. Jak żyję, w całej mojej karierze nie wywinęli mi takiego numeru. Chyba jestem na to za stary...
Musiał się przewietrzyć po tym wszystkim. Wyszedł z domu tuż po tym, jak kazał Rukiemu się ubrać, a ten zarzuciwszy na siebie jego za duże ciuchy, wybiegł na klatkę schodową a Reita wystrzelił za nim, krzycząc coś tak głośno, że zapewne pół Tokio go słyszało. Tak. Wtedy Kai zwątpił. Stwierdził, że to olewa. Aoi zniknął w pokoju Ruksa, żeby pocieszyć Uruhę. Lider wiedział, że szatyn sobie poradzi. Zresztą, wiedząc, co gitarzysta czuje, nawet nie myślał o tym, żeby się wtrącać. Po tym, jak Rei rzucił się w pogoń za Rukim po prostu się poddał. Wyszedł z nadzieją pozbierania myśli. Ale przez ten cały czas jedynie się zamartwiał. Ale spacer nie przyniósł zamierzonego efektu. Przeklinając, na czym ten świat stoi, wrócił niechętnie do domu, w którym było tak samo cicho i pusto, jak w momencie, kiedy z niego wychodził.
 Postanowił jednak zaryzykować i sprawdzić, jak się czuje Uruha.
Podejrzewając, że Aoi namówił go, aby poszedł o swojego pokoju, skierował się właśnie w tamtą stronę. Powoli otworzył drzwi. Kouyou faktycznie tam był. Jednak nie sam. Obok niego spał Aoi, obejmując go opiekuńczo. Brunet ściskał w dłoni chusteczkę, ale nie wyglądał na smutnego; Uśmiechał się nieśmiało przez sen.
  Nagle poruszył się i mrucząc coś pod nosem obrócił się twarzą do Aoi'a, wtulając się w jego pierś. Shiroyama otworzył oczy i spojrzał na ukochanego z czułością.
Zauważył lidera, stojącego w drzwiach i uśmiechnął się do niego, przykładając palec wskazujący do ust. Kai powtórzył gest, po czym wycofał się po cichu z pokoju.
Uśmiechnął się sam do siebie. Cieszył się, że przynajmniej Yuu się udało. Wszystko wskazywało też na to, że Uru odwzajemnił jego uczucia.
  Kai z szerokim uśmiechem na ustach wszedł po pokoju dziennego, po czym stanął wryty, jakby nogi nagle wrosły mu w dywan.
  W pokoju na kanapie siedzieli już Reita z Rukim i – na litość boską – trzymali się za ręce. Akira szeptał coś do wokalisty, jedną ręką głaszcząc go uspokajająco po włosach. Wyglądali trochę tak, jakby już zdążyli zapomnieć o wydarzeniach ostatnich kilku godzin. Kai spojrzał na zegarek, zdziwiony, ile czasu minęło od momentu, gdy Ruki wyszedł z pokoju z ogromnym kubkiem kawy. Trzy godziny. Z hakiem.
 - Powiem szczerze, że tego się nie spodziewałem – zaśmiał się gorzko.
  Ruki, nagle speszony, odwrócił wzrok w stronę przeciwną do tej, gdzie obecnie znajdował się perkusista. Reita szturchnął go dyskretnie w bok. Blondyn skrzywił się. Basista ujął jego twarz w dłonie i skierował na siebie jego wzrok. Spojrzał na niego błagalnie.
Kai widział, jak twarz wokalisty łągodnieje.
 - Dobrze – uśmiechnął się.
 - Dziękuję – Rei pocałował go w policzek, zahaczając jednak dyskretnie o kącik jego ust, po czym spojrzał na niego zachęcająco.
Wokalista wstał i podszedł do oniemiałego Kai'a.
 - Przepraszam za moje zachowanie – wyrecytował. Jego wzrok utkwiony był w jakimś bliżej nieokreślonym punkcie na dywanie pod jego stopami – Przepraszam za to, że przeze mnie o mało nie rozwiązałeś zespołu. Obiecuję, że się poprawię. Zresztą... - spojrzał na Reitę – Jestem już na jak najlepszej drodze.
 - Daj spokój, nawet jeśli tak powiedziałem, nigdy nie rozwiązałbym zespołu – Kai zaśmiał się nagle – Zbyt wiele dla mnie znaczycie i nie wyobrażam sobie, żebym nagle miał się poddać i zostawić was na lodzie. To jeszcze bardziej pogorszyłoby stan waszej psychiki a tego nie mógłbym sobie wybaczyć. Aoi poradził sobie z Uru a ty, Rei, namówiłeś Rukiego do poprawy swojego zachowania. Nie ma się nad czym rozczulać. Teraz musimy po prostu sobie wybaczyć i iść dalej do przodu. Pamiętacie, że na początku też nie radziliśmy sobie najlepiej. Ale podnieśliśmy się z tego i teraz nasz zespół stał się tym, czym się stał. Więc dlaczego nie mielibyśmy sobie poradzić z takim problemem? - Reita uśmiechnął się do niego, wyszeptał coś. Jego usta ułożyły się w jedno słowo: „dziękuję”.
- Kai, jesteś niesamowity! - Ruki zarzucił mu dłonie na szyję i przytulił się do niego.
- Wiem, wiem – uśmiechnął się, pokazując dołeczek w lewym policzku – No idź, Reita na ciebie czeka.
 Ruki uśmiechnął się i pobiegł do basisty, który złapał go za rękę i przytulił do siebie.
Teraz musi być już dobrze, Kai, uśmiechając się, usiadł z powrotem przy biurku i znów zaczął przeglądać papiery. Listy i plany dotyczące przyszłości ich zespołu, która znów zdawała się jarzyć w radosnych barwach.
Tak. Teraz już na pewno będzie dobrze, pomyślał, zakładając na nos okulary do czytania.


_________________________________

No, to tyle XDDD Przepraszam, że zrobiłam z Uru takiego małego ułomka, no ale no... XD
Przepraszam was za mój mózg, który stworzył tego potworka, ale tak bardzo chciałam napisać coś... Smutnego. 
Oczywiście mi nie wyszło, bo musiałam dowalić szczęśliwe zakończenie ;_____;
Ale, meh XD Jeszce napiszę dla was jakiegoś porządnego wyciskacza łez *u*

A tymczasem zabrałabym się za pisanie o jakimś innym zespole :/ Jakieś propozycje...?

Do następnego razu :*
Keró-kón a.k.a Tamashi

WSZYSTKIE WYDARZENIA PRZEDSTAWIONE W TYM OPOWIADANIU SĄ WYMYSŁEM CHOREGO MÓZGU AUTORKI I CZYSTKĄ FIKCJĄ LITERACKĄ~

sobota, 28 grudnia 2013

"Koncert" (Uruha x Ruki)

Więc natchniona (znudzona) podczas pracy (opierdalania się) postanowiłam napisać to cudo (dramat). Krótkie bo krótkie, ale lepszy rydz niż nic :D
Powiem jeszcze tyle, że opowiadanie pierwotnie napisane było w pierwszej osobie, ale coś mnie natchnęło i aktualnie wygląda tak, jak wygląda. Miałam wysłać to koleżance do korekty, ale po prostu mi się nie chciało, więc sama pozmieniałam to, co mi się nie podobało ;-;
Komentujcie, proszę. Trzeba udobruchać ego, żeby pojawiło się kolejne opowiadanie :D


_______________________________________________________


  Po raz kolejny tej nocy przewrócił się na łóżku, kładąc się na drugi bok. Spojrzał przez okno, za którym roztaczało się gwiaździste niebo. Chciał wierzyć, próbował sobie wmówić, że przyczyną jego bezsenności jest pełnia.
Nic bardziej mylnego.
Tuż za jego oknem uśmiechał się do niego szyderczo wąski rogal księżyca w nowiu, przypominający raczej smugę, jaką pozostawia za sobą spadająca gwiazda. Kpił sobie z niego.
  Znów położył się na prawym boku. Westchnął ciężko i zamknął oczy. Po co się okłamuję - pomyślał.
Wiedział, co było powodem tej insomnii.
A raczej - KTO.
  Wiedział, że musi się do tego przyznać. Przyznać się przed samym sobą i uświadomić sobie, co tak naprawdę się wydarzyło. W końcu, nadal czuł na swoich ustach jego smak. Słodki i niewinny a   jednocześnie intensywny.
  Dotknął kciukiem dolnej wargi. Z jego ust wyrwało się tęskne westchnięcie.
Dlaczego jestem takim wielkim kretynem? dlatego zrobiłem to w taki sposób? Dlaczego w takim miejscu? Ukrył twarz w dłoniach i załkał gorzko.
  Pomimo targających nim uczuć i strajkującego głośno serca, które zdawało się zaraz wyskoczyć z piersi, jego umysł znów powrócił pamięcią do wydarzeń sprzed kilku godzin. Tylko kilka godzin w przeszłość dzieliło go od tego momentu, w którym przez chwilę poczuł się prawdopodobnie najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

  Na początku niby wszystko było okej. koncert jak każdy inny. Emocje, pot, hałas i typowe, ostentacyjne zachowanie Rukiego. Nic niezwykłego...? Uruha, jak podczas każdego koncertu od kilku lat, dosłownie pożerał wokalistę wzrokiem. Zdecydowanie nic niezwykłego. Jak zwykle, Wielki Strażnik i Lider Kai uważnie lustrował wzrokiem pozostałą czwórkę, kręcąc z dezaprobatą głową na  wyzywające zachowanie Rukiego, który kompletnie nie zdawał sobie sobie sprawy z tego, że jest przepuszczany przez rentgen w spojrzeniu Uru, kawałek po kawałeczku. Stojący za nim Reita dyskretnie mrugał do gitarzysty, wskazując podbródkiem w stronę Ruksa, jakby zachęcając bruneta, który na ten gest basisty momentalnie robił się cały czerwony.
Dlatego nie chciał odgrywać zaplanowanego fanserwisu. Bał się. Po prostu się bał, że może nie wytrzymać i zrobi coś głupiego. Przysiągł sobie, że po tym koncercie wszystko mu powie. Ale teraz po prostu musi wytrwać do końca. Jeszcze tylko...
  Nagle Ruki znalazł się tuż przy jego boku. Zaskoczony Uruha nastawił w jego stronę gryf od gitary i spojrzał na widownię, mając nadzieję, że ani oni, ani wokalista nie zauważą, że jego twarz znów przybrała kolor dojrzałego pomidora. Ruki wystawił język i, tak jak to miał w zwyczaju, polizał instrument - robił to niezwykle długo co potwornie irytowało Uru - po czym uśmiechnął się prowokująco, jak gdyby to, że jego przyjaciel właśnie o mało co nie padł na zawał zupełnie go obeszło.
  Potem było już tylko gorzej. Uruha miał podejść do Rukiego i dotknąć nosem jego szyi, niby coś szepcząc, tak aby z widowni wyglądało to co najmniej dwuznacznie.
Cały sztywny, wręcz trzęsąc się, podszedł do kolegi z zespołu i powolutku zbliżył twarz do jego karku. Ale Pan Wiecznie Napalony miał co do niego inne zamiary. Niespodziewanie objął go w szyi, chwytając przy okazji garść jego włosów w palce, po czym po prostu, brutalnie wpił w niego swoje usta sprawiając, że cały świat zatańczył wokół niego. Było to krótkie aczkolwiek intensywne doznanie. Szumiało mu w uszach. Nie miał pojęcia, czy powodem była krew, która napłynęła mu do głowy, czy wrzask opętanych fanek. Miał wrażenie, że nogi wrosły mu w ziemię, poczuł się oszukany. Chciał więcej. Uzależnił się. Z uzależnieniami jest tak, że gdy raz się czegoś spróbuje, organizm domaga się tego coraz bardziej i bardziej. Uruha poczuł suchość w ustach. Nie widział nic, prócz stojącego przed nim, uśmiechającego się do widowni Rukiego. Głód zrobił się jeszcze bardziej uciążliwy, gdy jego spojrzenie zatrzymało się na ustach blondyna. Oblizał wargi, zbliżył się do wokalisty i zrobił z nim dokładnie to samo, co on zrobił z nim. Objął go, drastycznie przyciągając do siebie i pocałował, jeszcze mniej dyskretnie. Ułożył dłoń na jego miękkich blond włosach i przyciągnął do siebie. Takanori wydawał się być na początku zdezorientowany. Ale szybko zaczął ulegać wysokiemu brunetowi. Był mniej spięty i - co najbardziej ucieszyło Uruhę - odwzajemnił pocałunek. Gitarzysta uznał to za pozwolenie. Powoli, bojąc się spłoszyć wokalistę, rozchylił jego wargi. Ich języki splotły się w przedziwnym tańcu. Nic nie słyszał. Zupełnie, jakby ogłuchł. Do jego uszu nie docierał żaden, nawet najmniejszy dźwięk. Liczył się tylko Ruki - ciepły, słodki, drobny, zadziorny. Było idealnie.
  Do czasu, aż ktoś brutalnie podbiegł do nich i silną ręką oddzielił od siebie. Gitara, przewieszona przez lewe ramię Uruhy brzdąknęła ze sprzeciwem. Brunet wyciągnął dłoń w stronę Rukiego.
 - Czy was już do reszty, za przeproszeniem, pojebało?! - Kai buchał z nosa gęstymi obłokami pary. Wyglądał jak rozjuszony byk - Uruha, cholera jasna, potrafię zrozumieć jego zachowanie - wskazał Rukiego pałeczką perkusyjną - To do niego podobne, ale po tobie kompletnie nie spodziewałem się takiego wyskoku. Miałeś go tylko dotknąć. DOTKNĄĆ, do cholery a nie badać językiem jego podniebienie!
 Odszedł od perkusji- Uruha zaczął panikować - Kai odszedł od perkusji! Przerwał koncert! No to jestem martwy. 
Aoi z Reitą patrzyli na nich z szeroko otwartymi oczami. Yuu zbierał szczękę z podłogi.
Na sali panowała martwa cisza, nikt na widowni nie ważył się nawet pisnąć. Było słychać tylko sapanie wkurzonego Kai'a tuż nad prawym uchem Uruhy.
W tym przypadku szok to mało powiedziane. Jedynie lider zachował zimną krew.  Jego twarz co prawda przybrała kolor purpury, a ręce wyraźnie go świerzbiły, pchane ochotą zdzielenia delikwentów po twarzach, ale postanowił zrobić im porządną lekcję tuż po tym, jak koncert się skończy. Wydusił do nich tylko: "żeby mi to było ostatni raz", po czym odwrócił się na pięcie i wrócił na swoje miejsce za perkusją.
Znów zrobiłem coś bez uprzedniego pomyślenia nad konsekwencjami. Pomyślał Uruha, mając ochotę zapaść się pod ziemię,
Ruki uśmiechnął się przepraszająco, po czym, starając się wyglądać naturalnie, zwrócił się do publiczności.
 - He, he... Musicie nam wybaczyć. Ostatnio jesteśmy tak zabiegani, że nie mamy czasu nawet na podstawowe czynności życiowe, jeśli wiecie, co mam na myśli... - posłał w ich stronę prowokujące spojrzenie, co wywołało ogólne rozbawienie i zdecydowanie rozładowało napiętą atmosferę - Dlatego tak nam odbiło.
Uruha kątem oka zauważył, jak Kai krzywi się i mruczy pod nosem: "trochę?"
Kontynuowali koncert, ale Uruha nie ośmielił się podejść więcej Rukiego, który też trzymał się od gitarzysty z daleka. Resztę czasu spędził koło Reity. Uru marzył o tym, żeby ta męczarnia jak najszybciej się zakończyła.
 Gdy tylko rozbrzmiały ostatnie dźwięki a sala zaczęła pustoszeć, muzycy zeszli ze sceny, zmęczeni i spoceni. Uruha bez namysłu złapał swoje rzeczy i nawet nie dbając o to, żeby, jak zawsze po koncercie wziąć prysznic a tym bardziej zostać na after party, które zawsze tak bardzo uwielbiał, po prostu skierował się w stronę drzwi z ogromną ochotą opuszczenia tego miejsca.
Już naciskał na klamkę, kiedy nagle poczuł czyjąś dłoń, zaciskającą się na jego ramieniu.
 - A ty dokąd? - Reita był wyraźnie zaniepokojony.
 - Do domu - Uruha warknął na niego. Chciał, żeby dał mu spokój.
 - Czemu po prostu mu nie powiesz? - nie dawał za wygraną.
 - Nie wiem o czym mówisz.
 - Myślę, że doskonale wiesz, O CZYM mówię - naciskał - Twoje zachowanie dzisiaj było na to najlepszym dowodem. Powiedz mu, co czujesz.
Uruha zauważył stojącego w progu Rukiego, który wyglądał, jakby płakał. Nie chciał tego widzieć. Jednym ruchem strzepał ze swojego ramienia rękę basisty, odwrócił się do nich plecami, nacisnął klamkę i wychodząc rzucił przez ramię:
 - Nic do nikogo nie czuję.
Po czym wyszedł trzaskając drzwiami.
Słyszał jeszcze podniesiony głos Akiry, który darł się za nim, że jest skończonym kretynem i zwyzywał od najgorszych. Zawsze stawał w obronie Rukiego. Miał rację.
  Uru wytarł rękawem napływające mu do oczu łzy, które zamazywały mu widok, zakrzywiając pole widzenia. Wsiadł do samochodu, kopnąwszy go najpierw z ogromną siłą, jakby był on winny całemu zdarzeniu. Na drzwiczkach pozostało spore wgniecenie. Usiadł w fotelu i już nawet nie starając się hamować łez, z impetem uderzył głową w kierownicę. Klakson zaprotestował głucho. Brunet podniósł głowę i zadał kierownicy cios z otwartej dłoni.
  W pewnym momencie zauważył wychodzącego z budynku Reitę, który za rękę prowadził opierającego mu się Rukiego. Bez namysłu przekręcił kluczyk z stacyjce i z piskiem opon opuścił parking. W lusterku widział, jak makaronowowłosy rzuca czymś o chodnik, a potem depcze to z zawziętością. Prawdopodobnie był to telefon. Wokalista płakał mu w rękaw.
 Uruha cudem uniknął wypadku. I to kilka razy. Pod dom zajechał tak samo widowiskowo, jak odjechał spod sali koncertowej, zapewne budząc połowę sąsiadów. W kilku samochodach włączył się alarm, ale Uru nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Zatrzasnął drzwi, wszedł do wielkiego budynku mieszkalnego i obdarzając windę pogardliwym spojrzeniem ruszył po schodach do swojego mieszkania. Nie zamykając nawet drzwi na klucz, ruszył prosto do barku, skąd wyciągnął pierwsze, najbardziej czerwone wino z brzegu i głęboki kieliszek. Z kieszeni wygrzebał paczkę mentolowych Marlboro i z takim ekwipunkiem udał się na balkon.
  Z fajką w ustach i kieliszkiem w ręce wychylał się przez ramę balkonu, zapatrzony w intensywny szkarłat trunku. Napił się łyka i westchnął. Jestem słaby, pomyślał, znowu topię smutki w alkoholu. Skrzywił się, napił jeszcze łyka, po czym ze złością cisnął szkłem na chodnik, gdzie rozbił się z głuchym trzaskiem.Zgasił wypalonego do połowy papierosa i wszedł do domu. Minął lustro, przed którym zatrzymał się, wypuszczając głośno powietrze z płuc. Nie owijając w bawełnę - wyglądał jak zmora. Czarne smugi rozmazanego przez płynące łzy makijażu ciągnęły się przez symetrycznie przez oba policzki, swój koniec mając dopiero za podbródkiem.Włosy, najpierw zmęczone podczas koncertu a potem targane i wyrywane w złości i bezsilności sterczały na wszystkie strony. Koncertowe ubranie było przepocone i brudne.
  Zachowując resztki zdrowego rozsądku, lub tylko jego pozory, udał się do łazienki, gdzie wziął szybki, zimny prysznic.
Nie troszcząc się nawet o suszenie włosów, zarzucił na siebie bokserki i luźne spodnie z dresu, po czym ruszył w stronę swojej  sypialni i rzucił się na łóżko z zamiarem szybkiego zaśnięcia.
Jednak jego umysł razem z sercem, grali w jakąś niezwykle idiotyczną i niezbyt zabawną grę, za żadne skarby świata nie pozwalając mu zapaść w upragniony letarg.
  Przewracał się z boku na bok, bezskutecznie starając się zasnąć i wbrew sobie przywołując w pamięci wydarzenia z minionego koncertu. Czuł się głupi i bezsilny.
  Prawda była taka, że szalał za Rukim, sam nie pamiętał od kiedy. Jego uczucie potęgował zadziorny charakter blondyna i jego prowokujące zachowanie. Do tego był niesamowicie śliczny. Uruha wiedział, że jego przyjaciel z wiekiem wygląda coraz lepiej. Wiedział i przeklinał ten fakt. Pragnął go złapać w swoje ramiona i już nigdy z nich nie wypuścić. Zamknąć w nich cały swój świat. Ale zawalił. Nie dość, że prawdopodobnie doprowadził Rukiego do płaczu, to wywołał u napad Reity skrajnego szału. Zdenerwował tego, który jedyny wiedział o wszytkim. Mało tego - wspierał go. A on jak mu się odwdzięczył?
Basista zawsze śmiał się z niego, że względem Aoi'a potrafi zachowywać się w sposób co najmniej wyuzdany. Drugi gitarzysta nazywał go "swoją małą dziwką". Ale brunet i tak bał się wyznać swoje uczucia wokaliście.
  Przypomniał sobie, jak Ruki patrzył na niego, gdy opuszczał budynek koncertowy. Przypomniał sobie łzy w jego oczach, jego błagalne spojrzenie. Poczuł, że oczy znów nabiegają mu łzami.
Nakrył się kołdrą po samą głowę i zaszlochał gorzko. Targały nim niekontrolowane spazmy.
Jestem idiotą! Skończonym kretynem! Dlaczego? Dlaczego musiałem to tak bardzo spieprzyć? Przecież, jakbym grzecznie przeczekał jego wybryki i zajął się tym, czym miałem się zająć, oberwałoby się tylko jemu a potem spokojnie mógłbym z nim porozmawiać. Miałem idealną okazję. Spieprzyłem to! Tak bardzo to spieprzyłem!
Płakał głośno, jak dziecko. Czuł, jak z każdą chwilą czuje się coraz lepiej, jak razem z łzami wypływają z niego złe emocje, pozostawiając jedynie gruby osad z goryczy, która była efektem jego egoistycznego zachowania. Tylko on, on jeden był winien tego, co się wydarzyło. Mógł po prostu się opanować i odejść, gdy Ruki tylko go puścił. To był zwykły, przyjacielski buziak w usta. A on zrobił z tego sensację co najmniej na skalę krajową pośród fanów zespołu. Jutro się nasłucha. Od Kai'a, managera i przedstawicieli wytwórni. Trudno, należało mu się. Nie bał się tego. Bardziej obawiał się spojrzeć w oczu Rukiemu i Reicie. Szczególnie Rukiemu. 
  Pociągnął nosem.
Nagle poczuł, jak oplatają go czyjeś ramiona. Podskoczył lekko, jak porażony prądem. Reita przyszedł mnie zabić?, pomyślał w pierwszej chwili.
Ale nie, coś nie pasowało. Rei pachniał mocniej, bardziej męsko. Ostro i agresywnie. A do jego nozdrzy docierał teraz zapach słodki i niewinny a jednocześnie intensywny. Serce zabiło mu szybciej.
Niemożliwe! Musi mu się to śnić! Ale to na pewno nie jest sen, bo wyraźnie czuje ten słodki, delikatny zapach i wtula twarz w miękkie blond włosy. Nie chce go puścić. Nie wierzy w to, co się dzieje. Dlaczego on przyszedł? Po tym, co mu zrobił? W końcu, uciekł jak tchórz. Sam nie mógł spojrzeć sobie w oczy, a co dopiero on...
  Ruki puścił go delikatnie i czule spojrzał mu prosto w oczy, pytając łagodnie, dlaczego wyszedł. Dlaczego narobił mu nadziei, po czym najzwyczajniej na świecie skulił ogon i uciekł. Czego się bał.
W jego oczach tańczyły lśniące jak kryształy łzy.
  Uruha zaczął go przepraszać, powtarzać, jakim to nie jest idiotą, jak bardzo mu głupio, w końcu mógł postąpić inaczej. Wczepił się dłońmi w rękawy jego bluzy i wtulił twarz w jego pierś. Ruki uśmiechnął się delikatnie, głaszcząc bruneta po włosach.
 - Więc ty... Naprawdę coś do mnie czujesz? - spytał spokojnie.
 Uru podniósł na niego zdziwione spojrzenie.
 - Nie... nie przeszkadza ci to? -  jego głos był niepewny, cichutki. Dziwne, że Ruki w ogóle go usłyszał.
 - Wręcz przeciwnie - blondyn pokręcił głową - Bałem sie, że nie odwzajemniasz moich uczuć.
W dalszym ciągu ze stoickim spokojem gładził włosy zdziwionego bruneta, którego oczy przypominały dwa ogromne talerze. Takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Ruki bał się, że nie odwzajemnia jego uczuć? ON się bał? O ironio.
Uruha zaśmiał się kwaśno.
 - Jak widzisz, sam nie zachowałem się do końca w porządku. To, co zrobiłem dzisiaj było idiotyczne. Ale ja po prostu... - zamknął oczy i potarł skronie dłońmi - Po prostu nie wiem, co się ze mną działo.
 - Ruki... - Chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo uciszył go dotyk aksamitnych ust wokalisty. Świat znów zawirował mu przed oczami. Czuł słodką woń zmieszaną z posmakiem tytoniu. Mieszanka ta była ponadprzeciętna i ekscytująca, pobudzając wszystkie zmysły Uruhy. Przyciągnął go do siebie, chcąc objąć go całego, poczuć jego ciepło, ten buchający jasno płomień głębokiego uczucia, palące pragnienie, doprowadzające jego ciało do temperatury wrzenia.
Ruki zamruczał i zjechał ręką po nagiej klatce piersiowej bruneta, po czym delikatnie wsunął rękę pod luźne, szare spodnie z dresu i pogładził go po udzie. Szalał na ich punkcie. Zawsze, gdy widział gitarzystę w spodniach z wyciętym w udach materiałem musiał siłą zmuszać się, żeby się na niego nie rzucić. Kochał te uda.
Po plecach Uru przeszedł dreszcz zadowolenia. Uśmiechnął się, nie przerywając pocałunku. Marzył o tej chwili od tak długiego czasu. Nie chciał więc puścić go tak szybko. Chciał trzymać go w swoim objęciu, słyszeć westchnięcia satysfakcji uciekające z jego ust, czuć się bezpiecznie, w końcu nie musząc myśleć o konsekwencjach popełnianych czynów.
Kochać i być kochanym.
Oderwał się na chwilę od wokalisty, by zaczerpnąć powietrza i z głębokim zamiarem zrzucenia z niego koszulki w trybie natychmiastowym. Wiedział, że blondyn ma pięknie, aczkolwiek delikatnie wyrzeźbiony, płaski brzuch. Chciał go teraz, bezzwłocznie. Chciał zostawiać pojedyncze pocałunki na jego idealnym ciele. Jakby znaki jego własności, dowody na to, że blondyn należy tylko do niego. I że ma jego pozwolenie, na ukazanie mu swojego uczucia w jak najlepszy sposób i...
Właśnie coś sobie uświadomił. Przypomniały mu się momenty, w których Ruki uśmiechał się do niego w rzadki sobie, naturalny sposób, ten uśmiech, którym nie obdarzał nikogo, poza nim właśnie. Uśmiech, który od wielu lat był dowodem jego nieśmiałego uczucia.
Uruha zamarł. Od tak dawna... uśmiechał się do mnie w ten sposób. Przez tyle lat pozostawałem ślepy na te jego ciche podpowiedzi. Chciał, żebym go zauważył. Chciał... chciał, żebym dał mu szansę. A ja? Ja przez te wszystkie lata egoistycznie tego nie zauważyłem. Byłem zbyt zaślepiony własnymi uczuciami i jak kretyn uważałem że na niego nie zasługuję, że mną gardzi, żeby to zauważyć. Dlaczego....
 W jego brzuchu nagle zatańczyły motyle. On naprawdę... Rukiemu naprawdę na nim zależało. To musiało być TO.
 - Ruki... - zaczął nieśmiało - Bo wiesz... Ja...
 - Tak? - wokalista bawił się kosmykiem jego włosów, uśmiechając się ciepło.
 - Bo, no bo widzisz... Ja... Ja chyba cię... - jąkał się. Tak bardzo nie denerwował się nawet w dniu swojego pierwszego koncertu. Postanowił postawić wszystko na jedną kartę - Kocham cię, Ruki.
Zaczerwienił się i opuścił wzrok. Świdrował spojrzeniem rzeźbienia na brzuchu blondyna, czekając na jego reakcję.
Ruki uniósł delikatnie jego twarz w dłonie i spojrzał na niego, mrużąc drapieżnie oczy, jakby zaglądał w głąb jego duszy. Delikatnie pchnął go na materac i zawisnął nad nim. Między serią pojedynczych pocałunków wyszeptał dwa słowa, które później obaj powtarzali na zmianę śmiejąc się cicho i mrucząc sobie do ucha: Kocham Cię.

__________________________________________

A tak w ogóle to chciałam zakomunikować, że nie lubię Ruksa XD Ale paring wydał mi się tak niezwykle słodki, że aż postanowiłam o nim napisać. Jak to powiedziała moja siostra... Tańcowały dwa Michały, tuturututu....~

No i Urusze Udeła ze specjalną dedykacją dla mojej Inu ٩꒰ ˘ ³˘꒱۶~♡


Przy tym opowiadaniu bardziej poszalałam, co? XD Tym razem też proszę o przychylne komentarze.O komentarze w ogóle! :D
To do następnego razu :) Keró-kón a.k.a. Tamashi.

WSZYSTKIE WYDARZENIA PRZEDSTAWIONE W TYM OPOWIADANIU SĄ WYMYSŁEM CHOREGO MÓZGU AUTORKI I CZYSTKĄ FIKCJĄ LITERACKĄ~






niedziela, 22 grudnia 2013

Bez tytułu, Kazuki x Manabu

Więc tak... Zgodnie z obietnicą złożoną na fanpejdżu, pragnę podzielić się z wami moim pierwszym jrockowym opowiadaniem. Tak, nigdy wcześniej czegoś takiego nie pisałam.Dlatego mam do was małą prośbę... Potraktujcie mnie ulgowo XD
W każdym razie orgii nie ma, zaznaczam to na wstępie. Nie wiem, czy jeszcze coś napiszę, zobaczę, jakie będą reakcje. Ale na razie: przedstawiam wam moje opowiadanie.


Bez tytułu.


- Ubieraj się – usłyszałem głos Byou, który brutalnie wyrwał mnie ze snu.
Uchyliłem oczy i zauważyłem, że w moją stronę leci para ciemnych jeansów i czarno-biała koszulka.
- Daj mi spokój – wycharczałem i odwróciłem się twarzą do oparcia kanapy. Pech chciał, że wy-brałem niewłaściwy bok. Wtuliłem twarz w poduszkę, licząc naiwnie na to, że wokalista da mi święty spokój. Przeliczyłem się. Do pionu postawił mnie porządny kopniak w tyłek.
- Auuuuuu! - zawyłem – Byou, co to kurwa było?! - darłem się na całe gardło.
Jednak wokalista postanowił mnie olać.
Zza framugi nagle wyłoniły się twarze Jina i Manabu.
- Oho, Lider-sama znowu ma humory – perkusista zaśmiał się szyderczo i przybił piątkę z Bu.
Spojrzałem na niego z wyrzutem.
I ty, Brutusie, przeciwko mnie...,pomyślałem, posyłając im złowrogie spojrzenie. Jin, chichocząc, znów zniknął za drzwiami, a za nim ten zdrajca, Manabu. Już ja się z Tobą policzę...
Spojrzałem na Byou:
- Ale mnie głowa boli – nie poznałem swojego głosu – Dałbyś mi odpocząć.
- Trzeba było tyle nie pić – wymruczał, nie patrząc na mnie.
Kręcił się po pokoju, starając się ogarnąć panujący w nim chaos. Z rezygnacją podrapałem się po głowie i wstałem powoli z czerwonej kanapy. Zabrałem ciuchy, które rzucił mi Byou i udałem się do łazienki.
Zamknąłem za sobą drzwi, westchnąłem i podskoczyłem nagle, bo mój wzrok zatrzymał się na tafli lustra. Spoglądała na mnie jakaś potworna kreatura, jakby sama Śmierć przyszła się o mnie upomnieć. Jednak Śmierć zapewne uśmiechałaby się złowrogo a to coś po prostu stało ogłupiałe, patrząc na mnie tępym wzrokiem.
- Ach... No tak – powiedziałem sam do siebie, przykładając dłoń do policzka. Potwór w lustrze zrobił to samo. To byłem ja? Ech... Zapadnięte policzki, podbite oczy, rozmazane resztki wczorajszego makijażu, blada cera o zielonkawym odcieniu. Pobladłem jeszcze bardziej. Poczułem, że robi mi się niedobrze. Oparłem się o umywalkę, oddychając głęboko. Przyłożyłem dłoń do ust i przełknąłem zbierającą się w gardle żółć. Skrzywiłem się i przepłukałem gardło wodą aby pozbyć się nieprzyjemnego smaku. Następnie sięgnąłem do szafki, schowanej za lustrem i wyciągnąłem pudełko tabletek na kaca. Zajrzałem do środka. Ostatnia... Odetchnąłem z ulgą i z wdzięczności do losu, który jednak zdawał się mi sprzyjać, ucałowałem pudełko z moją ostatnią nadzieją, która chwilę później znalazła się w moim żołądku, by za kilkanaście minut przynieść mi cudowne ukojenie.
Skrzywiłem się jeszcze raz, widząc swoje odbicie w lustrze i zacząłem się rozbierać.
Wszedłem do kabiny. Ciepła woda była błogosławieństwem. Włączyłem górny natrysk i stałem tak, apatycznie, dobre dwadzieścia minut, zanim przystąpiłem do właściwej kąpieli.
Po wyjściu spod prysznica spojrzałem jeszcze raz w lustro. Mokre włosy lepiły mi się do twarzy, ale nie wyglądałem już tak źle. Ten straszny facet już zniknął. Co prawda nie było idealnie, ale dużo lepiej niż jakieś pół godziny temu. Opuchlizna prawie zniknęła a skóra nabrała wypieków i zmieniła kolor na bardziej naturalny.
Lekki makijaż i będzie ok. Uśmiechnąłem się i przystąpiłem do ubierania.
Gdy już ze sobą skończyłem, wyszedłem z nagrzanej łazienki, wypuszczając za sobą do mieszkania kłęby gęstej i białej jak mleko pary.
- O, zmartwychwstałeś – na mój widok Jin zrobił wyjątkowo idiotyczną minę, która chyba miała być imitacją zdziwienia.
Puknąłem go z pięści w głowę, niby od niechcenia. Z grymasem na twarzy potarł bolące miejsce. Chyba pokazał mi język, ale nie miałem ani siły, ani ochoty się upewniać.
Manabu skierował ku mnie swoje wielkie, zdziwione oczy, kiedy opadałem ciężko na starą kanapę.
- Zajedziesz się – powiedział cicho – Bez powodu nie doprowadziłļyś się do takiego stanu. Co się stało? - Patrzył na mnie badawczo, wyglądał na zmartwionego.
- Bu... - widząc jego wzrok skończyłem zdanie, zanim jeszcze w ogóle zdążyłem je zacząć.
Ile on tak potrafi bez mrugania? Spojrzałem na niego w skupieniu, zapominając kompletnie o co pytał. Faktycznie, nie mrugał.
Zapadła wyczekująca cisza. Westchnąłem, widząc jego spokojne wlepione we mnie spojrzenie i złapałem się za głowę.
- Wytwórnia chce, żebyśmy jak najszybciej zaczęli nagrywać nowe piosenki. Problem w tym, że nie mamy ich jeszcze napisanych a termin jest za dwa tygodnie.
- No to w czym problem? - wtrącił Jin.
- Ty jesteś taki głupi, czy tylko udajesz? - spojrzałem na niego jak na ostatniego kretyna – Jak masz jakieś GOTOWE do nagrania piosenki, to droga wolna. Ale z tego co wiem, ostatnio wszyscy się zdrowo opierdalaliśmy. No i o ile dobrze pamiętam mieliśmy dostać więcej czasu – ostatnie zdanie wymruczałem pod nosem.
Westchnąłem. Znowu. Kurcze, muszę nauczyć się nad tym panować.
Sięgnąłem na stolik po paczkę Lucky Strike'ów Manabu, który widząc, że podkradam mu fajki, prychnął na mnie wymownie. Olałem go i zacząłem szukać zapalniczki.
- Jest w paczce – burknął brunet.
Otworzyłem pudełko. Faktycznie, była tam.
Rozejrzałem się po pokoju, zaciągając się.
- A ten gdzie polazł? - miałem na myśli Byou.
- Pojechał po Chiyu i resztę – odparł Jin, już nie taki radosny.
Przez chwilę zastanawiałem się, co ma na myśli przez „resztę”, ale stwierdziłem, że nawet nie ma sensu pytać.
- Przepraszam, że jestem do niczego – odezwałem się, przerywając ciszę, która na chwilę za-padła w pokoju. Wiedziałem, skąd bierze się przygnębienie tej dwójki – Od jutra bierzemy się ostro do roboty – Powiedziałem, niby energicznie, pełen zapału do pracy, ale wyszło to strasznie żałośnie.
- Ta... - odburknęli zgodnie.
Wydawało mi się, że na ich twarzach malowała się potworna niechęć i zrezygnowanie. PSC wysysało z nasz wszelkie soki, traktując jak kopalnie złota, która teraz zdawała się być już całkowicie wyeksploatowana. Naprawdę, czasem aż nie mieliśmy żadnej ochoty do życia, czuliśmy się jak marionetki. Trzepaliśmy dla nich grubą kasę a oni wykorzystywali nas, jak chcieli.
Na szczęście mieliśmy wsparcie w naszych fanach (tych normalnych, bo zdarzały się napalone psycho-fanki, których unikaliśmy jak ognia). A idealną odskocznią od rzeczywistości był śmiech, kochaliśmy się wygłupiać. Jednak jak śmiać się w takiej sytuacji? Byliśmy całkowicie bezradni, z nożem na gardle.
- Mo... może poprosimy ich o przedłużenie terminu? - ciszę przerwał nieśmiało Manabu.
- I oczywiście ja zostanę wysłany jako reprezentant zespołu? - powiedziałem kpiąco. Nienawidziłem tej części swoich obowiązków.
- Możesz zabrać ze sobą managera, w końcu od czegoś go mamy, prawda?
Jin patrzył na mnie uważnie.
- O ile w ogóle stanie po naszej stronie... - wymruczałem pod nosem.
- Co?
- Nic.
Manabu już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, kiedy nagle drzwi otworzyły się (w niezwykle radosny sposób, co potwornie mnie zirytowało) i stanął w nich uśmiechnięty Byou, krzycząc „jesteśmy!”, tak, jakby niewielki pokój był rozmiarów co najmniej boiska baseballowego.
Następnie do pokoju wszedł Chiyu a za nim ten mały cwaniak, Takeru. Jednak nie sam. Do jego ramienia wtulona była drobniutka brunetka o bladej cerze i wielkich, wystraszonych oczach. Miała na sobie dopasowane spodnie, kozaki do połowy łydek i czarną bluzkę z fioletowym nadrukiem w gwiazdki, która dość dokładnie, ale skromnie opinała jej wąską talię. Długie, kasztanowe włosy opadały kaskadą gęstych, lśniących loków na jej wątłe ramiona, zakrywając lekko wystający obojczyk. Wyglądała jak porcelanowa lalka, jednocześnie będąc bardzo naturalną.
Śliczna..., pomyślałem.
- Kto to jest? - wyszeptałem do Manabu, który spojrzał na mnie zdziwiony.
- Zdaje się, że to dziewczyna Takeru – przygryzłem wargę – i siostra Chiyu, z tego co mi wiadomo – dodał szybko.
- Co ona w nim widzi? - Zmierzwiłem włosy i ruszyłem się przywitać.
Gdy podnosiłem się z kanapy, znów zakręciło mi się w głowie, więc podparłem się o oparcie i po-łożyłem dłoń na czole, starając się zniwelować zawroty. Gdy znów spojrzałem przed siebie, zauważyłem że dziewczyna bacznie mi się przygląda. Ale wstyd, pomyślałem, podchodząc do nich. Rzuciłem Takeru krótkie „cześć”, uścisnąłem dłoń Chiyu i zwróciłem się w stronę brunetki.
- Jestem Kazuki – powiedziałem, kłaniając się. Dość głęboko zresztą, co wyraźnie nie spodobało się Takeru, który patrzył na mnie z wyraźnym mordem w oczach.
- Wiem – uśmiechnęła się ciepło, ukazując rząd białych, idealnie prostych zębów – Yuki – ukłoniła się.
Spodobał mi się sposób, w jaki powiedziała to „wiem”. Nie, jak jedna z tych szalonych fanek, które z obłędem w oczach mówią „wiem”, a mają na myśli „wiem, jesteś Kazuki ze Screw, mogę wskoczyć ci do łóżka?”. Brr...
- Słuchasz naszej muzyki? - spytałem zaciekawiony, starając się nie zwracać uwagi na małego pokurcza Miyamoto*, który dosłownie buchał parą z nosa.
Nie wiem, jaka odpowiedź bardziej by mnie ucieszyła, postanowiłem więc czekać.
- Hm, trochę – skinęła głową. Idealnie. Ani szalona, ani zielona. Stwierdziłem, że jest to dziewczyna warta uwagi. Tylko był jeszcze ten konus, który wyraźnie dawał mi do zrozumienia, że tak zuchwałe zachowanie z mojej strony jest jak najmniej mile widziane. Ujął Yuki w pasie i nadąwszy policzki, ścisnął ją mocno, jakby była jego własnością po czym ruszył w kierunku MOJEJ kanapy. Gdy stał do mnie tyłem, pokazałem mu język, co nie uszło uwadze Jina, których zachichotał, niezbyt dyskretnie. Przewróciłem oczami i ruszyłem za kurduplem. Wyminąłem go jednak, kierując się w stronę szafki z której wyciągnąłem paczkę papierosów, zapalniczkę i usiadłem z ni-mi na stopniu prowadzącym z salonu do kuchni, z mocnym postanowieniem nie udzielania się towarzysko. Zapaliłem, mając wszystko centralnie w nosie, po czym włączyłem tryb czuwania, starając się nie myśleć za dużo. Znudzony, zacząłem oglądać rozsiadłe na moich czerwonych meblach towarzystwo.
Nawet nie zauważyłem, kiedy mój wzrok powędrował w stronę Yuki, która nie odzywała się zbyt dużo. Tylko uśmiechała się i od czasu do czasu wtrącała nieśmiało jakiś inteligentny komentarz. Cały ten czas wtulała się w Takeru, który trzymał ją w zaborczym uścisku, jak rak ofiarę w szczypcach, i co chwilę spoglądał złowrogo w moją stronę.
Mały, rozpuszczony cwaniak.
Po jakiejś godzinie przyjechał Rui. Przywitał się i zamiast dosiąść się do reszty, przyczłapał do mnie. Apatycznie wyciągnąłem paczkę fajek w jego stronę. Gdy brałem ja z szafki była pełna, a teraz została już ledwo połowa. Poczęstował się, nie spuszczając ze mnie wzroku. Spojrzał na mnie, marszcząc brwi:
- Słyszałem, że wczoraj nieźle popiłeś. Co się stało?
- Nic.
Jakoś nie miałem ochoty mu teraz o tym mówić. Już wystarczyło, że Jin i Manabu martwili się z tego powodu. Byou o niczym nie wiedział, więc i Rui wiedzieć nie musiał.
- Nie kłam, Kazuki. Wiem, że w takich ilościach, sam pijesz tylko wtedy, kiedy masz ku temu powód. No i jesteś strasznie przybity, takie odosobnienie nie jest do ciebie podobne.
Westchnąwszy, odwróciłem wzrok. Zapadła niezręczna cisza. Basista patrzył na mnie wyczekująco.
- No...? - ponaglił mnie.
- Wytwórnia dała nam dwa tygodnie na pojawienie się w studiu z gotowymi do nagrania piosenkami – powiedziałem na wydechu, najciszej, jak to tylko było możliwe. Jednak Rui mnie usłyszał. Z jego ust uciekło strasznie niewybredne przekleństwo.
Potarłem skronie i popatrzyłem przed siebie. Mój wzrok napotkał zmartwione spojrzenie Yuki. Takeru prowadził zawzięcie dyskusję z Byou, więc nie był tak zajęty pilnowaniem swojej dziewczyny, która bez chwili wahania postanowiła skorzystać z wolności i wstała z kanapy, pewnie ruszając w naszą stronę. Poruszała się z taką gracją...
- Wszystko w porządku? - spytała z wyraźną troską w głosie – Zawsze wydawało mi się że jesteś bardziej wesoły...
- Wszystko ok, po prostu jestem zmęczony – uśmiechnąłem się blado.
Usiadła po mojej lewej stronie
- Sama żyjesz wśród muzyków, więc pewnie to znasz...
- Tak, miewają swoje humory – zaśmiała się w niezwykle czarujący sposób, po czym zamilkła na-gle, rumieniąc się – Znaczy... Nie o to mi chodziło.
Zaśmiałem się, co szczerze powiedziawszy, zdziwiło mnie. Nie sądziłem, że będę do tego zdolny. Nie tego dnia. A jednak.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo masz rację – uśmiechnąłem się, przypominając sobie sytuację z przedpołudnia.
Spojrzała na mnie pytająco.
- Jin powiedział mi dzisiaj mniej więcej to samo, co ty przed chwilą tak ładnie uogólniłaś - wyjaśniłem.
Tak, w podobnych sytuacjach zawsze nazywał mnie „Lider-sama”, ale o tym już Yuki nie po-wiedziałem.
Spojrzałem przed siebie.
- Jaki on jest? W sensie Takeru. Wiesz, chciałem usłyszeć na temat tego pokurcza zdanie inne niż moje, które, niestety jest już wyrobione odpowiednio.
- Nie lubisz go prawda? - uśmiechnęła się do siebie, patrząc na blondyna, prezentującego w tej chwili dumnie pełny zestaw swojego uzębienia.
- No. Niespecjalnie – popatrzyłem na nią i dodałem szybko – Ale zawsze można to zmienić.
Znów się zaśmiała.
- Jest naprawdę kochany – powiedziała kładąc szczególny nacisk na słowo „naprawdę” -
Pomocny, opiekuńczy – ta, chyba „nadopiekuńczy...” - Ogólnie, nie jest taki zły, jaki się wydaje.
Hm. Szczerze powiedziawszy, liczyłem na coś więcej. Ale to może nawet lepiej...?
Wydawała się zamyślona. Postanowiłem zmienić temat.
- Napijesz się czegoś?
- Chętnie – uśmiechnęła się
- Coś konkretnego? - odwzajemniłem uśmiech.
- Zaskocz mnie – spojrzała na mnie tajemniczo, mrużąc oczy.
Wstałem i ochoczo ruszyłam w stronę barku. Obejrzałem się jeszcze raz za siebie. Yuki wciąż siedziała na schodkach, patrząc się raz na Chiyu, raz na Takeru. Zaufała mi, mogłem przecież dosypać jej czegoś do drinka. Nigdy bym tego nie zrobił, ale sam fakt jej ufności wywoływał u mnie nie-małe zdziwienie. A może po prostu wiedziała że jest bezpieczna bo tuż obok siedzi jej brat i chłopak?
Wzruszyłem ramionami i otworzyłem barek. Nie zastanawiając się długo, wyciągnąłem z niego butelkę Jacka Danielsa, z którą udałem się w stronę lodówki. Wyciągnąłem Coca-Colę i na-sypałem do szklanki nieco kostek lodu i zacząłem odmierzać proporcję. Nie za dużo alkoholu, żeby jej nie upić, ale wystarczająco dużo, żeby było czuć smak. Po czym odwróciłem się w stronę salonu i ruszyłem ku schodkom, na których siedziała.
- A ty? - spytała zdziwiona, wiedząc, że niosę tylko jedną szklankę.
- Mnie wystarczy alkoholu jak na razie – zaśmiałem się nerwowo, machając wzbraniająco ręka-
mi.
Lustrowała mnie wzrokiem, pewnie oceniając, czy jestem trzeźwy. Chyba doszła do wniosku, że tak, bo uśmiechnęła się promieniście.
- Rozumiem – odparła, po czym ostrożnie powąchała zawartość szklanki, zanim się napiła - Dziękuję.
- Nie ma sprawy, od tego tu jestem - uśmiechnąłem się, wygrzebując z kieszeni paczkę papierosów – ja jednak wybieram nikotynę. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza?
Pokręciła energicznie głową.
Była taka urocza, naturalna, skromna. Zauważyłem, że mi się podoba o wiele bardziej, niż myślałem na początku. Zdecydowanie była w moim typie. Przeklęty Takeru.
Byłem tak negatywnie nastawiony, myślałem, że tego dnia już dobrego mnie nie spotka. Do cza-su aż ta niepozorna, pełna uroku osobistego brunetka się uśmiechnęła. Nawet kac mi przeszedł, słowo daję!
Było mi tylko smutno, gdy wychodzili. Nie, gdy ona wychodziła. Spędziłem z nią cały wieczór i szczerze mówiąc, czułem pewien niedosyt, chętnie porozmawiałbym z nią dłużej. Jednak, grzecznie się ukłoniłem na pożegnanie i poczekałem, aż Byou zamknie za nimi drzwi, po czym opadłem ciężko na kanapę.
Jin popatrzył mnie mnie zaciekawiony.
- Dalej męczy cię kac? - spytał złośliwie – Czy może planujesz, jak dobrać się do uroczej siostry Chiyu?
Na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmiech. Wstałem i nic nie mówiąc już drugi raz tego dnia, huknąłem go z pięści w czubek głowy.
Zawył z bólu.
- Ale wiesz, że ona jest już zajęta? - spytał, już bardziej poważnie – Nie wiem czy twoje oczy łaskawie zauważyły, jak obściskiwała się z Takeru.
Odwróciłem się w jego stronę. Gdyby wzrok mógł zabijać, przysięgam, że leżałby już przede mną, zimny, sztywny i martwy.
No cóż, jednak nic mu nie było, może poza lekką dezorientacją. Nie odważył się nawet odezwać.
Za to wtrącił się wokalista.
- O co ci cho-
- Zamknij się, Byou.
Traciłem go łokciem, wymijając go i czując na sobie ich zdziwione spojrzenia, ruszyłem w stronę swojego pokoju.
Zatrzasnąłem za sobą drzwi i z impetem rzuciłem się na łóżko. Przyłożyłem dłonie do twarzy.
Co ja wyprawiam?
A potem dziwię się, że Jin twierdzi że mam humory. Mam. Zachowuję się jak pieprzona, rozpuszczona księżniczka.
- Czas dorosnąć, Kazuki – wyszeptałem, sam do siebie.
Ale o co właściwie poszło?
„Obściskiwali się dość wymownie”
Nienawidzę małego gnojka.
Usiadłem energicznie, jakbym nagle dostał olśnienia.
- Ach... Więc o to chodzi – znowu gadałem do siebie.
Moje rozmyślania przerwało uporczywe pukanie do drzwi.
Już nawet we własnym domu nie można mieć odrobiny prywatności, pomyślałem, po czym odezwałem się do osoby za drzwiami:
- Czego? - zabrzmiało to bardziej, jak groźba.
- Ehm... Kazuki... - nieśmiały głos Manabu – Co się dzieje?
- Nic – burknąłem – Wynoś się.
Nie chciałem go urazić, ale wolałem być sam, więc przyjąłem taktykę „będę wredny, to może sobie odpuści”.
Nic bardziej mylnego.
- Otwieraj! – szarpał za klamkę.
Wytoczył ciężkie działo. Kiedy zaczynał się tak zachowywać, wiedziałem, że nie ma z nim żartów. Musiałem przyznać się do przegranej. Chyba po prostu jestem zbyt miękki...
Z rezygnacją podniosłem się z łóżka i udałem się w stronę drzwi. Bardzo powoli, wciąż mając nadzieję, że sobie pójdzie. Nie słyszałem go, ale mimo to wiedziałem, że tam jest. On sobie tak ła-two nie odpuszcza. Czekał na wyjaśnienia.
Przekręciłem kluczyk i uchyliłem drzwi, pozostawiając wąską szparę, tak, że Manabu widział tylko kawałek mojej twarzy.
- Taaaaaaak? - spytałem grzecznie.
Manabu odchrząknął. Stał z założonymi na piersi rękami i patrzył na mnie wilkiem.
- Wpuść mnie – zażądał.
Zacząłem się wykręcać, że chcę iść już spać, że od jutra musimy się zabrać za materiał dla wytwórni, ale nie chciał słuchać.
Popchnął drzwi a że nie miałem ani siły, ani ochoty z walczyć, ustąpiłem.
- Kazuki, co się dzieje? - spytał, gdy tylko zamknął za sobą drzwi.
Usiadłem na łóżku. Westchnąłem i spojrzałem w ciemność malującą się za oknem.
- Nic.
- Nie kłam, przecież widzę. Chodzi o tę dziewczynę? - przekrzywił głowę. Czy mi się wydawało czy był smutny?
Przypominał szczeniaka.
Nie ulegaj! Przekonywałem sam siebie w myślach.
- Po pierwsze, nie powinieneś...
Nie wytrzymałem i przerwałem mu:
- Pierwsza zasada – JA. SIĘ. NIGDY. NIE. ZAKOCHUJĘ.
Popatrzył na mnie z politowaniem.
- Chciałem powiedzieć, że nie powinieneś przejmować się tak głupimi komentarzami Jina, ale już wszystko wiem. Pogrążyłeś się – uśmiechnął się szeroko i pochylił w bok, zgrabnie unikając lecącej w jego stronę poduszki.
Usiadł przede mną na podłodze. Udałem, że patrzę gdzieś na ścianę.
- No i czym ty się tak przejmujesz? - ponowił temat.
- Niczym się nie przejmuję. Ścianę podziwiam, nie wolno mi? - spytałem drwiąco.
Manabu spojrzał na mnie, jak na kogoś bardzo potrzebującego pomocy. Odwróciłem wzrok w jego stronę i spojrzałem mu w oczy. Były niezwykle mądre. Poczułem, że jest chyba jedyną osobą, która się o mnie martwi. Której na mnie zależy.
Żależy...?
Coś we mnie drgnęło. Przez chwilę wydawało mi się, że zamiast niego siedzi koło mnie Yuki.
Czy jej zależałoby na mnie tak, jak zależy jemu?
Przede mną wciąż siedział Manabu. Mój przyjaciel.
Spojrzałem na niego czując, jak powiększają mi się źrenice, nie mogąc otrząsnąć się z dziwnego uczucia, jakie nagle mną zawładnęło.
- Kazuki? - wydawał się wystraszony nie na żarty. Usiadł koło mnie i przyłożył mi dłoń do czoła, chcąc sprawdzić mi temperaturę.
Nie wiem, co zaczęło mi odbijać, ale z reakcji Bu wynikało, że wcale nie mam gorączki. Usiadł prosto i patrzył na mnie w skupieniu.
Jaki śliczny... Jak laleczka...
Zaraz, co?
Moja dłoń poruszyła się, zupełnie, jakby posiadała własną wolę, i ułożyła się na jego twarzy, głaszcząc miękki policzek.
Co się ze mną dzieje?
Zesztywniał. Jego twarz przybrała lekko czerwony odcień.
Poczułem suchość w ustach.
Przede mną siedział Manabu? Czy może była to Yuki? Wodzony ślepym instynktem zacząłem się do niego (niej?) zbliżać. Moja ręką, znów samodzielnie, znalazła się na guziku od jego koszuli, odpinając go zręcznie.
- Kazuki, co ty robisz? - teraz nie był już wystraszony. Był oburzony. Ale nie poruszył się.
Odpiąłem więc drugi guzik. Potem trzeci...
- Kazu... - oddychał głęboko – Kazu... ki.
Zamknął oczy, rozchylił wargi.
Co on wyprawia? CO JA WYPRAWIAM?!
Pochyliłem się nad nim. Był coraz bliżej i bliżej...
W głowie mi wirowało.
Nagle poczułem dotyk jego ciepłych ust. Potem jego język na moim, bawiący się znajdującym się tam kolczykiem. Oddychał głośno.
Złapałem go w talii i przyciągnąłem do siebie. Pachniał tak słodko...
Truskawki.
Czemu on do cholery pachnie truskawkami?
Położył ręce na moich ramionach, jego dłonie zaplątały się w moje włosy.
Taki delikatny...
To nie jest Yuki. To Manabu. MÓJ Manabu. Tylko mój.
Mój przyjaciel.
Odczepiłem się od niego delikatnie, nie patrząc mu jednak w oczy. Rozum wrócił na swoje miej-sce, Dłonie odzyskały czucie.
Patrząc na jego rozpiętą koszulę poczułem, że się rumienię. Jednak nie puściłem go. Dalej siedział na moich kolanach.
Jednak, mimo wszystko, bałem się jego reakcji. Dlatego unikałem jego spojrzenia. Przynajmniej starałem się to robić, ale szybko podniosłem wzrok i spojrzałem na niego.
On również nie patrzył się na mnie. Jego wzrok skupiony był na jakimś bliżej nieokreślonym punkcie. Miał zmarszczone brwi, przygryzał wargę.
Ująłem jego twarz w dłonie i odwróciłem w swoją stronę. Dalej unikał mojego wzroku. Wyglądał, jakby coś go bolało. Poczułem wyrzuty sumienia.
- Co się stało? - spytałem – Jesteś zły za to, co zrobiłem? Wyglądało, jakby ci to nie prze-
- Nie o to chodzi – przerwał mi. Zesztywniałem. Jego głos był lodowaty. Czułem się tak, jakby wbijał mi szpilki w ciało. Puściłem go.
- W takim razie, o co?
Zaczerwienił się, słysząc to pytanie. Nie wiem, czy go to zezłościło, wywołało zakłopotanie, dezorientację... Postanowiłem czekać na odpowiedź.
Wziął głęboki wdech.
- Po prostu nie chcę być nagrodą pocieszenia – skrzywił się – Nie możesz mieć Yuki, to myślisz że mnie uda ci się zdobyć?
Prawie krzyczał. W jego oczach tańczyły łzy.
Nie płacz.
- ...Nie w taki sposób, Kazuki – dokończył zdanie, patrząc na mnie. Jego twarz wyrażała głęboki ból.
To spojrzenie, te słowa... uderzyły we mnie całą swoją siłą, wwiercając mi się w mózg i serce.
Jeszcze raz, ostrożnie przeanalizowałem wszystko, co się dzisiaj stało.
Przed oczami tańczyły mi obrazy. Upierdliwy Jin, wkurzający Takeru, urocza Yuki, radosny Byou... I w końcu obraz Manabu. Cały czas się bał. Martwił się. Jako jedyny, naprawdę się o mnie martwił. Był jedynym, który zdawał się mnie rozumieć. Zawsze się tak zachowywał.

Ale to przecież normalne. W końcu był moim przyjacielem. Był nim prawda? TYLKO przyjacielem.
Spojrzałem na niego, zdziwiony.
Czyżby...? Nie, nie możliwe.
- Manabu... - zacząłem ostrożnie – jesteśmy PRZYJACIÓŁMI, prawda?
Zdałem sobie sprawę z tego, że mój głos jest całkowicie wyprany z emocji.
Manabu prychnął.
- Czy tak całuje się przyjaciela?
Patrzyłem na niego zszokowany. Oczy miałem tak szeroko otwarte, że dziwię się, że nie postanowiły wypaść mi z oczodołów.
- Co chcesz przez to-
- Jesteś idiotą, Kazuki – przerwał mi, ujmując moją twarz w dłonie i całując mnie.
Znów, nie był to powierzchowny pocałunek.
- Widzisz, o czym mówię? - powiedział, patrząc na mnie wyczekująco.
- Czekaj... - powiedziałem, ale nie dał mi skończyć, bo nasze usta znowu się spotkały.
Byłem zdziwiony. Ja to zacząłem.
Wydaje mi się, że chciałem odreagować. Zapomnieć o ślicznej brunetce. Niestety, udało mi się to ze znacznie lepszym efektem, niż przewidziałem.
A teraz... teraz siedziałem na swoim łóżku, całuąc się z najlepszym kumplem, któremu, jakby tego było mało, chyba zależało na czymś więcej.
Nie wiedziałem, co mam robić. Uczucia wirowały we mnie jak dzikie, odbijając się od jednego punku do drugiego, niczym piłeczka ping-pongowa.
Ale musiałem to przyznać – chyba czułem coś do tego małego szantażysty. I bynajmniej, całowanie Yuuto miało się nijak do Manabu.
Yuu był wtedy strasznie rozkojarzony, a ja świetne się bawiłem. Skakałem po całej scenie, pełen życia, aż nagle do głowy wpadł mi idiotyczny pomysł. Podszedłem do naszego ówczesnego basisty i zadowolony spytałem: „hej, pocałujmy się, będzie zabawnie”. Fanki piszczały jak dzikie.
A Manabu? Jego twarz z tamtej chwili pojawiła się nagle w mojej głowie. Udawał, że tego nie widzi. Po koncercie był przybity, nie chciał z nikim rozmawiać. Myślałem wtedy, że po prostu był zmęczony, ale mój umysł nagle rozjaśniła bardzo jasna lampka.
To trwa tak długo?
Przywarłem do niego bardziej, przytulając go mocno. Chciałem mu pokazać, że mi na nim zależy, że w moich ramionach jest bezpieczny.
Jego język głaskał moje podniebienie. Zdałem sobie sprawę z tego, że oddycham głośno. On zresztą też.
Pieprzyć to, pomyślałem zrzucając z niego koszulę.
Jego dłonie zatopiły się w moich włosach, które, nieproszone opadły mi na twarz. Jego dotyk był taki kojący...
Zapomniałem o wszystkich przykrościach.
Byłem tylko ja i on. Nawet pozornie idealna brunetka wyparowała. Tu było moje szczęście – sie-działo mi na kolanach całując mnie tak, jakby miało nie być jutra.
Z moich ust wyrwało się westchnięcie, co tylko rozochociło Manabu.
I wtedy zacząłem się zastanawiać, czy to aby na pewno dobry pomysł. To nie tak, że tego nie chciałem, wręcz przeciwnie. Po prostu do pokoju w każdej chwili mógł wejść Byou albo Jin, bo Manabu nie zamknął drzwi na kluczyk. O nie, zdecydowanie nie chciałem, żeby zastali mnie w takiej sytuacji. Szczególnie Jin. Chyba zapadłbym się pod ziemię.
Zacząłem nerwowo spoglądać w stronę drzwi.
Bu puścił mnie, widząc moją reakcję.
- Co się stało? - spytał zdziwiony.
- Nie mogę... Nie teraz – opuściłem głowę. Znów nie chciałem widzieć wyrazu jego twarzy.
Westchnął smutno.
- Rozumiem. Więc jednak...
- Nie, nie o to chodzi – zaprzeczyłem energicznie, przerywając mu – Po prostu nie jestem na to jeszcze gotowy. Ani psychicznie... - spojrzałem na jego rozczarowaną twarz – ...Ani fizycznie.
- Rozumiem – wstał szybko i wziął swoją koszulę do ręki z zamiarem opuszczenia mojego po-koju, kompletnie nie troszcząc się o fakt, że wychodzi ode mnie półnagi, co mogło być źle (a w tej sytuacji raczej właściwie) odebrane. Albo też zrobił to z premedytacją.
- Czekaj – w ostatniej chwili złapałem go za rękę. I przy okazji zauważyłem, że sam jestem bez koszulki.
Obróciłem go jednym ruchem w swoją stronę. Miał łzy w oczach, zrobiło mi się strasznie głupio.
Patrzył na mnie wyczekująco. Nic nie powiedziałem. Nawet na niego nie patrzyłem.
Poczułem, jak jego ręka opuszcza moją. Osunął się na kolana i ukrył twarz w zdjętej mu przeze mnie koszuli. Zaszlochał gorzko.
- Ma-
- Ty masz zawsze wszystko w dupie, prawda? - przerwał mi – Zawsze tylko tak, jak Tobie wygodnie. Tak, by inni mieli wyrobione tylko dobre zdanie na Twój temat. Wstydzisz się przyznać do własnych uczuć, o ile w ogóle je posiadasz!
Nie krzycz, błagałem w myślach.
Jin i Rui już pewnie stali pod pokojem z uszami przyklejonymi do drzwi.
Rozejrzałem się tak, jakby mieli się czaić za każdym meblem i usiadłem koło tej zapłakanej kupki nieszczęść.
- Słuchaj – powiedziałem spokojnie, odklejając jego twarz od mokrej od łez koszuli – Nie cho-dzi o to, że Cię nie chcę, broń boże. Po prostu muszę do tego dojrzeć – Uśmiechnąłem się, ocierając mu dłońmi łzy z twarzy – Jesteś naprawdę słodki i zależy mi na Tobie, ale jesteś facetem, no i... No, potrzebuję trochę czasu, czuję się z tym po prostu nieswojo.
Pociągnął nosem,
- Tylko o to chodzi? Wstydzisz się mnie?
Podrapałem się po karku.
- Po prostu daj mi czas – uśmiechnąłem się i pocałowałem go w czoło.
Rozpromienił się. Wyglądał tak uroczo. Przytuliłem go i uśmiechnąłem się sam do siebie.
Wzbudza poczucie winy jak mało kto...
Manabu ziewnął subtelnie. Spojrzałem na niego, zmartwiony. Wyglądał, jakby miał zasnąć na siedząco.
Wstałem i podałem mu rękę.
- Chodź. Zaraz zaśniesz. Tutaj nie możesz zostać.
Pomogłem mu wstać i odprowadziłem do drzwi. Spodziewałem się, że usłyszę odgłosy odda-lającego się w pośpiechu perkusisty, ale nic takiego się nie stało. Ulżyło mi.
Zanim Manabu poszedł spać, przytulił mnie i wyszeptał:
- Dziękuję.
- Za co? - spytałem zdziwiony – Przecież przed chwilą...
- Za to, że dałeś mi nadzieję.
Pocałował mnie w policzek, po czym odszedł, speszony, do pokoju, który zawsze był dla niego przygotowany.
Byłem oszołomiony. Położyłem dłoń na policzku, w miejscu, w które pocałował mnie Manabu. Stałem tam jeszcze chwilę, zanim uświadomiłem sobie, co właśnie zrobiłem. Uderzyłem się z otwartej dłoni w czoło.
- Ty kretynie.
Ups. Nie miałem mówić tego głośno.
Zza ściany nagle wyłoniła się zdziwiona twarz Jina. Wyglądał, jakby coś intensywnie analizował. Rzadki widok.
- Czemu jesteś bez koszulki? - spytał mnie tak, jakby zadawał pytanie osobie cierpiącej na ost-rą schizofrenię. Miałem wrażenie, że pyta „no to gdzie widziałeś tego ogromnego smoka?”.
Odwróciłem się na pięcie, chcąc odejść i za wszelką cenę uniknąć konfrontacji. Poczułem, że moja twarz przybiera kolor dojrzałego buraka.
- Stój! - powiedział władczym tonem.
Zamurowało mnie. Powoli (BARDZO powoli) obróciłem się w jego stronę.
- Co to było przed chwilą? - spytał podejrzliwie.
- Ale że niby co? - postanowiłem udawać głupka. I tak już uważał, że jestem nienormalny.
- Ta cała dziwna sytuacja z Manabu – niecierpliwił się – Nie zgrywaj debila, Kazuki.
Wpadłem.
Wpadłem po uszy.
Do niezwykle głębokiego bagna.
Kurwa.
- No więc... - Wymyśl coś! - Przyszedł mnie prosić o radę -uśmiechnąłem się sztucznie.
- Dlatego jesteś bez koszulki – To nie było pytanie. To było pokazanie, jak bardzo mi nie wierzy. Zmarszczył jedną brew.
Ile z tego usłyszał?
Przebierałem nerwowo nogami, patrzyłem w podłogę. Zacząłem się pocić.
- Kładłem się już spać – udawałem, że jest mi wszystko jedno.
Jin dalej mi nie wierzył.
- Kazuki... - poczułem się przyparty do ściany.
O nie.
- Dajcie wy mi wszyscy w końcu święty spokój – zdenerwowałem się – Idę spać, dobranoc.
Obróciłem się szybko, jednym krokiem wszedłem do pokoju i zdecydowanym ruchem zamknąłem za sobą drzwi. Na klucz, żeby mieć względną pewność, że nikt już nie zakłóci mojego spokoju.
Za dużo zdarzyło się tego dnia. Zdecydowanie za dużo. Gdybym się wkurzył, mógłbym mieć jeszcze trupa na sumieniu. A tego zdecydowanie nie chciałem.
Opadłem na łóżko.
Co ten Manabu ze mną zrobił?
Przyszedł, pomachał rzęsami, zrobił słodką minę i jestem urobiony.
Zakląłem pod nosem, przewracając się na bok.
Usilnie próbowałem sobie wmówić, że wolę dziewczyny, że to przecież oczywiste. Okazało się, że to wcale nie takie proste.
No bo tak... Najpierw urocza Yuki, którą już miałem zamiar odbijać Takeru, powaliła mnie całkowicie na nogi swoim urokiem osobistym, sprawiając, że momentami zapominałem, jak się mówi po japońsku, tylko po to, żebym zaraz potem uświadomił sobie, że mój najlepszy przyjaciel od dawna próbuje zwrócić na siebie moją uwagę a jego intencje są co najmniej oczywiste. A jeszcze jakby tego było mało, ja chyba te uczucia odwzajemniałem.
Wszystko to było strasznie porypane.
Pozwoliłem, żeby zgrabnie poskładana wiązanka przekleństw wypłynęła z moich ust, po czym prychnąłem z dezaprobatą i schowałem twarz w poduszce. Dla odmiany, znów przeklinając.
- Ale z ciebie skończony kretyn – wymruczałem, nadal z poduszką na twarzy.
Ta sytuacja była mnie całkiem nowa.
Fanserwis się nie liczy. Nie wiążemy tego z naszym życiem prywatnym. Nie wkładamy w to uczuć. Robimy to dla zabawy i większości przypadków jest to z góry zaplanowane.
Tylko raz się zapędziłem. Wtedy z Yuuto, kiedy za bardzo się wczułem i w ruch poszedł język. Ale to było tylko raz. I bynajmniej nie miało to nic wspólnego z moimi prawdziwymi uczuciami.
A teraz...
Manabu, ty idioto.
Ale przecież to nie jego wina. Ja to zacząłem. Teraz już sam nie wiem, czy aby nie było tak, że patrząc na Yuki myślałem podświadomie o Manabu, że potem tak się na niego rzuciłem. Z tru-dem łączyłem fakty.
Chyba jestem zmęczony, pomyślałem i ziewając ułożyłem się wygodniej, kładąc poduszkę między kolana**. Głupi nawyk, ale zawsze tak zasypiam w samotności.
Było mi wygodnie. Zamknąłem oczy.


***


Nieśmiałe promienie letniego słońca połaskotały mnie w powieki. Ciepło głaskało moją twarz.
Powoli otworzyłem oczy. Podniosłem się na łóżku, przeciągając się.
Usiadłem pionowo, spuszczając nogi na ziemię, po czym wstałem i ruszyłem w stronę drzwi.
Już miałem naciskać na klamkę, kiedy nagle przypomniał mi poprzedni wieczór. Zamarłem. Reszta zespołu mogła wciąż być w moim salonie i spać na kanapie (miałem tylko jeden pokój gościnny – dla Manabu, który najczęściej do mnie wpadał i tak się przyjęło, że zawsze on tam spał).
Przełknąłem ślinę.
Przecież nie będę ich wiecznie unikał i siedział w nieskończoność w moim pokoju, jak tchórz, upomnia-łem się w myślach, po czy, zdecydowanym ruchem otworzyłem drzwi i wyszedłem na korytarz prowadzący do pokoju dziennego.
Odetchnąłem z ulgą. Moje czerwone meble stały puste. Pojechali sobie.
Ulga jednak nie trwała długo. W przeciwległym wejściu zauważyłem ruch i do pokoju wszedł drugi gitarzysta, przecierając zaspane oczy.
- Kazuki...? - popatrzył na mnie niepewnie.
Nie wytrzymałem. Był taki uroczy.
Podbiegłem do niego i przytuliłem mocno.
- Manabu – wymówiłem jego imię, odgarniając mu energicznie włosy, opadające na twarz – Są tutaj?
- Co? - był rozkojarzony – Ahaaa, chodzi ci o chłopaków. Nie, pojechali ju-
Nie dałem mu dokończyć. Pocałowałem go. Chciałem się upewnić, czy aby na pewno się nie myliłem.
Ale nie. Nie mogłem się mylić. Nie w tym wypadku.
Pogodziłem się z faktem, że go... kocham.
O nie, tym razem tak szybko cię nie puszczę, pomyślałem, pogłębiając pocałunek. Położyłem mu dłoń na włosach, drugą na biodrze i przyciągnąłem go bliżej do siebie.
Jeszcze przed chwilą spał, a teraz wydawał się być już całkowicie wybudzony.
Z jego ust uciekło westchnięcie.
Dalej pachniał truskawkami. Był taki niewinny, uroczy. Jak dziecko.
Jednak z drugiej strony emanował pewnością siebie, agresją.
Zabrakło mi tchu, więc puściłem go powoli. Oddychał ciężko. Ja zresztą też.
- Kazuki... - jego oczy były ogromne. Jak dwa wielkie talerze satelitarne, przysięgam – Zmieniłeś zdanie?
- Przepraszam, że byłem takim zapatrzonym w siebie idiotą i nie zauważyłem tego wcześniej...
Spojrzałem na niego. Zarobił przebiegłą minę.
- Czego nie zauważyłeś – wziął mnie pod włos. Zaczerwieniłem się.
- Że Cię... - zacząłem niepewnie – Że Cię... kocham.
Powiedziałem to tak cicho, że nie miał prawa tego usłyszeć. I nie usłyszał. Albo też pogrywał sobie ze mną. Uśmiechnął się szeroko.
- Nie usłyszałem – udał, że skupia się na moich kolczykach. Bawił się tunelem w moim uchu - powtórz.
- Kocham Cię, kretynie! - wykrzyczałem, cały czerwony na twarzy.
Spojrzał na mnie usatysfakcjonowany. Spodziewał się tego?
- ja Ciebie też kocham. Dziękuję, że to zdałeś sobie z tego sprawę – wyszeptał, nie patrząc mi w oczy. Zauważyłem, że się uśmiecha.
Moje usta wygięły się w uśmiechu. Poczułem ciepło w okolicy serca. Tak. Kochałem go.
Ująłem jego twarz delikatnie w dłonie i zwróciłem w swoją stronę. W jego oczach tańczyły łzy. Jednak wiedziałem, że tym razem był to wynik jedynie czystego szczęścia.
Zbliżyłem do siebie jego twarz. Jego oddech był taki ciepły. Zamknąłem oczy i pocałowałem go.
Mój Manabu.
Mój przyjaciel.
Tylko mój.

Kocham cię.



*Miyamoto to prawdziwe nazwisko Takeru. W zasadzie nazywa się Takeshi Miyamoto.
**Kazuki faktycznie ma taki nawyk. 



Coś wam powiem... MIAŁAM TO PIĘKNIE WYRÓWNANE. ALE NIE, WSZYSTKO MUSIAŁO SIĘ ZEPSUĆ. Więc, jeśli znajdziecie jakieś przerzuty w środku wersu to się nie zdziwcie, po prostu napiszcie mi o tym ;) Pozdrawiam i dziękuję za cierpliwość. Keró-kón a.k.a. Tamashi.







WSZYSTKIE WYDARZENIA PRZEDSTAWIONE W TYM OPOWIADANIU SĄ WYMYSŁEM CHOREGO MÓZGU AUTORKI I CZYSTKĄ FIKCJĄ LITERACKĄ~