czwartek, 3 kwietnia 2014

"Czarno-Biały" Kazuki (Screw) x Aoi (the GazettE) - PROLOG

 Witam was po dość długiej przerwie c:
Cały czas piszę coś dla was, ale pewnie już zdążyliście zauważyć, że systematyczność jest dla mnie pojęciem obcym~

 Zaczęłam pisać... tasiemca? Tak, myślę, że mogę to tak nazwać.
Paring: Kazuki (Screw) x Aoi (the GaztteE) i poboczne~

 Ci z was, którzy przybyli tu ze strony "fuck calm and love yaoi" na facebooku wiedzą, że potrzebuję osoby do pisania "scen" :) ZGŁASZAJCIE SIĘ, NADAL NIE DOSTAŁAM ŻADNEJ PRÓBKI A BĘDĄ MI POTRZEBNE SOON ;___; Betkę już mam - jest nią Agnieszka, (tym rozdziałem się jeszcze nie zajęła, ale kolejne weźmie już pod swoją opiekę) której raz jeszcze chciałabym podziękować za to, że pomimo napiętego grafiku da radę znaleźć czas dla mnie i mojej marnej twórczości ♡
Dziękuję wam za cierpliwość i zapraszam do lektury ヾ(。◕ฺ∀◕ฺ)ノ
 

Aha i jeszcze jedno. Musiscie sobie wyobrazić, że całe Gazetto jest z tego samego rocznika. I że między nimi a Kazukim są tylko trzy lata różnicy wieku. Przepraszam, ale nie ma sześcioletniego liceum XDDDD Musiałam to dopasować do fabuły, mam nadzieję, że nie będzie wam to przeszkadzało~


PROLOG

  Z nieukrywaną fascynacją patrzyłem na jego biodra kołyszące się w rytm dźwięków wydobywających się z instrumentu przewieszonego przez jego lewe ramię. W pewnym momencie puścił struny, skierował wyprostowane ręce w stronę niewielkiej publiczności, po czym posłał w tamtą stronę całusa. Lustrował wzrokiem wszystkich zebranych na sali, z dumą pokazując, że zna swoją wartość i że zdecydowanie nie jest ona niska. 
 Był jednak moment, gdy jego wzrok uciekał zbytnio w prawo. Wtedy jego spojrzenie robi-ło się zimne, albo nawet smutne. Tylko na chwilę. Po to, by za kilka sekund na jego twarzy znów zawitał szeroki uśmiech. Bolało mnie to. Dlaczego? Bo wtedy jego spojrzenie trafiało na mnie. Na nic nie wartym małym karaluchu. Tak, to były jego słowa. Człowieka, który był dla mnie wzorem do naśladowania i nie tylko. Skoczyłbym za nim w ogień, nawet teraz, kiedy mnie tak potraktował.
  Mój wzrok znów zatrzymał się na jego kołyszących się biodrach. W momencie, gdy przez półprzymknięte powieki uśmiechał się prowokująco do publiczności, z powodzeniem unikając mojego spojrzenia.


***
  Pół roku wcześniej:

 - Dziwka – Matsumoto Takanori potrącił mnie łokciem, mijając mnie na zatłoczonym szkolnym korytarzu, niby niechcący wysypując wszystkie niesione przeze mnie zeszyty.
 Westchnąłem ciężko i przykucnąłem żeby je pozbierać. Kątem oka widziałem, że nadal nade mną stoi, zapewne uśmiechając się szyderczo. 
 - Kiedy ci się to znudzi? - spytałem sucho, nie przerywając zbierania zeszytów.
 - Kiedy przestaniesz się zachowywać jak mała dziwka – odparł, a właściwie wyszczekał.

Jestem kozłem ofiarnym dlatego, że jestem młodszy?, pomyślałem, ale nie wypowiedziałem tego na głos. Nie chciałem, żeby spuścił mi lanie na środku korytarza. Z pewnością byłby do tego zdolny. 

  Wypuściłem tylko powietrze z płuc z wymownym prychnięciem, co strasznie nie spodobało się starszemu, który natychmiast znalazł się na wysokości mojej twarzy, przypierając mnie do szafek, stojących pod ścianą, znów – tym razem celowo – wysypując mi zeszyty z rąk. Zamarłem. Matsumoto przygryzł w złości dolną wargę. Tak bardzo, że z prawego kącika popłynęła cienka strużka krwi. 
Nie wiem czemu zawsze się tak wkurzał. 
 - Słuchaj, gówniarzu – warknął, plując na wszystkie strony – To, że jesteś z dobrej rodziny nie znaczy jeszcze, że możesz się panoszyć, rozumiesz? - I kto to mówi?
Zacisnąłem dłonie w pięści. Miałem wielką ochotę go walnąć, ale wtedy na pewno by mi oddał. Jakby nie patrzeć, był ode mnie starszy i silniejszy. Wolałem nie ryzykować. 
  Pomimo jego usilnych starań, nie patrzyłem mu w oczy. Wkurzył się. Z jego gardła wydobył się dźwięk przypominając warczenie wkurzonego amstaffa. 

Wygląd pasuje, pomyślałem i zaśmiałem się głupio. 

 - Co cię tak bawi? - szarpnął mną, uderzyłem głową w szafkę – Zadałem ci pytanie, głuchy jes-
 - Starczy tego, Ruki – odezwał się ciepły, niski głos. Na ramieniu mojego oprawcy spoczęła pełna opanowania dłoń. 
 - A... Aoi? - twarz, która jeszcze chwilę temu wyrażała żądzę mordu teraz była zdezorientowana. O ile nie wystraszona – Stajesz w obronie tej dziwki? - zapiszczał, szarpiąc mnie wymownie za kołnierz koszuli od mundurka.
 - Powiedziałem – dość! - Shiroyama złapał go władczo za przedramię, mocno zaciskając na nim swoją dłoń. Ruki natychmiast mnie puścił. 
  Obaj byliśmy rozkojarzeni. Dlaczego Aoi to zrobił? Trochę to do niego nie podobne, żeby stawał w obronie młodszych, szczególnie w MOJEJ obronie. 
 - Dlaczego...? - Spytał Ruki w chwili, gdy już otwierałem usta, żeby powiedzieć dokładnie to samo.
Szatyn prychnął, ale się nie odezwał.
 - Aoi...?! - kurdupel zaczął panikować.
 - Przestań, Ruki – pomachał na niego lekceważąco ręką – Nie mam dzisiaj ochoty na twoje humory.
 Rozbrzmiał dzwonek, oznajmiający koniec przerwy. Ruki patrzył rozkojarzony to na mnie, to na Yuu. 
 - Podnoś tyłek, idziemy na matmę – Aoi złapał go za kołnierz i podciągnął go góry.
 - Hai... - Mały podniósł się posłusznie – A tobie, mały pasożycie, jeszcze się dostanie.   
Jego wzrok ciskał błyskawice. Odwrócił się na pięcie i ruszył grzecznie za przyjacielem.
  A ja siedziałem pośród rozrzuconych zeszytów, w pustoszejącym korytarzu, patrząc na uczniów wchodzących do klas. 
Nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, co się przed chwilą stało. 
Nikt nie podszedł, nie spytał czy mi pomóc. 
Kolejny dzień w raju. 
  Znów westchnąłem, pozbierałem zeszyty i poszedłem spóźniony do klasy. Oczywiście byłem kompletnie rozkojarzony i w ogóle nie zwracałem uwagi na to, co się działo na lekcji. Więc, oprócz oczywistej uwagi za spóźnienie dostałem jeszcze jedynkę. Dzięki, Matsumoto. 

  Boże, rodzice mnie chyba zabiją – marudziłem sam do siebie. 
Szedłem do domu powłócząc nogami. Jak najwolniej, odkładając w czasie moment, w którym będę musiał powiedzieć, co się stało w szkole. Oczywiście, o awanturze z Rukim nie miałem zamiaru wspominać ani słowem. 
 - Wróciłem – powiedziałem smętnie, wchodząc do domu i rzucając torbę na skrzynię w przedpokoju.
 - Coś taki smutny? - mama wyjrzała zza framugi drzwi prowadzących do kuchni – Coś się stało? 
 - Nie. Tak. Nie wiem... Dostałem jedynkę. 
Spojrzała na mnie pobłażliwie. 
 - Dlatego masz taki humor? - Nie do końca..., pomyślałem – Dobrze się uczysz, więc nie mogę być o to zła. Każdemu się to zdarza – Wytarła ubrudzone z mąki ręce, podeszła i przytuliła mnie. 
Jednak miałem najlepszych rodziców na świecie. Uśmiechnąłem się, podziękowałem i poszedłem do pokoju. 
  Z nieco poprawionym humorem odrobiłem lekcje, po czym usiadłem wyprostowany na łóżku i spojrzałem na czarną gitarę, stojącą samotnie w kącie.
  To przez niego zacząłem grać, czyż nie? Kiedy zobaczyłem, jak jego palce poruszają się po gryfie, też zapragnąłem nauczyć się grać. I się nauczyłem. Chociaż to nie był ten sam poziom, powoli spełniałem swoje marzenie. W ten sposób poznałem swojego najlepszego przyjaciela – Byou, który śpiewał. Miał naprawdę genialny głos. Przysięgliśmy, że kiedyś założymy razem zespół. 
  Moje przemyślenia gwałtownie przerwał dzwoniący telefon. Spojrzałem na wyświetlacz. O wilku mowa.
 - Tak?
 - Kazuki...  - Czyżby coś się stało? Jego głos był strasznie poważny – Słyszałem, że pobiłeś się z Takanorim Matsumoto z trzeciej klasy. 
 Potarłem skronie. Pięknie. Kocham sposób, w jaki roznoszą się plotki w naszej szkole. Niby nikt nic nie widział, a tu nagle dzwonie Byou, który miał wtedy lekcje w innym skrzydle. Ciekawe...
 - Z nikim się nie pobiłem – burknąłem wymijająco – To raczej on prawie pobił mnie, ale to szczegół. W każdym razie, w odpowiednim momencie zainterweniował Aoi i... - ups.
 - Aoi? Boże jest gorzej, niż myślałem – wbrew pozorom, był rozbawiony. I to bardzo. 
 - Wiesz co, Byou... Chyba już nigdy nic ci nie powiem. Miałem się z nim bić? Wtedy byłoby dobrze, co? 
 - Wtedy zachowałbyś się jak facet – teraz był śmiertelnie poważny – Ale nie. Ty cały czas łazisz i gadasz „Aoi-senpai to, Aoi-senpai tamto”. Błagam cię...
 - Już o tym rozmawialiśmy – niecierpliwiłem się – Tu nie ma nic-
 - Tak, jasne – przerwał mi. Na jego usta zapewne zawitał wredny uśmiech. Poznałem po głosie – Dobranoc, Kazu-chan – wymruczał mi słodko do słuchawki, po czym po prostu się rozłączył, nie czekając na odpowiedź. 
  Naiwnie wywaliłem język w stronę telefonu, tak, jakby mój przyjaciel mógł to zobaczyć. 

  Następnego dnia w szkole było względnie spokojnie. Względnie, ponieważ kilka razy mijałem Ruksa na korytarzu. Zawsze był z nim jednak albo Aoi albo Kouyou, którzy pilnowali, żeby nie robił głupot. Jeśli chodzi o Aoi'a, po prostu przechodził dalej, nawet na mnie nie patrząc. Mierzwił jedynie swoje włosy w zakłopotaniu. Natomiast Takashima uśmiechał się przepraszająco, co sprawiło, że czułem się głupio. Lubiłem go i nie chciałem, żeby miał z mojego powodu wyrzuty sumienia. Na szczęście Matsumoto nie widział jego miny, bo biedak mógłby jeszcze oberwać. Pomijając fakt, że Kouyou był większy od wyżej wymienionego o głowę, nawet on nie mógł się czuć bezpiecznie w towarzystwie tego małego agresora. Po prostu nie i koniec. 
  Mijałem ich już trzeci raz tego dnia, kiedy nagle zauważyłem pośród tłumu charakterystyczną blond czuprynę. 
 - Byou! - krzyknąłem.
 - Widzę, że ktoś tu załatwił sobie goryli – podszedł do mnie, kierując swój wzrok na plecy Rukiego i Uruhy. 
 - Albo to raczej goryle postanowili się sami załatwić – powiedziałem drwiąco – Przysięgam, gdyby nie oni, już pewnie bym nie żył.  
  Spojrzał na mnie z ukosa. 
 - Błagam, tylko znowu nie zaczynaj... - przewróciłem oczami.
Uśmiechnął się tylko, wziął mnie pod rękę i ochoczym krokiem ruszył w stronę stołówki.
 - Umieram z głodu – powiedział, z niecierpliwością wyciągając szyję w stronę dużych drzwi umieszczonych na końcu korytarza.  

Już widzę te kolejki. 

 - Mogę ci dać moje bento – zawyłem błagalnie.
 - Nie marudź – pociągnął mnie jeszcze silniej. 
Nie miałem wyjścia, musiałem ustąpić. Z rezygnacją podążyłem za nim. 
  Na stołówce panował hałas i zaduch. Rozbolała mnie głowa. Już wiem, czemu rodzice nie chcieli, żebym jadał w szkole. Moją starszą siostrę posłali do prywatnej szkoły dla dziewcząt, gdzie podawane były obiady przygotowane z najwyższej klasy produktów. Ze mną chcieli zrobić to samo, ale zbuntowałem się – wolałem iść do publicznej szkoły. Dlatego prawie cztery lata, jeszcze w gimnazjum temu poznałem Aoi'a a później Byou... 
 - Hej, nie śpij – przyjaciel pstryknął mi palcami przed twarzą, co wyrwało mnie z odrętwienia.
 - Przepraszam. 
 - Coś ty taki rozkojarzony? - patrzył na mnie badawczo.
 - Ym... Właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że nigdy nie byłem w naszej stołówce – skłamałem.
  Byou popatrzył na mnie jak na chorego psychicznie i odparł sarkastycznie, jak to miał w zwyczaju: 
 - Uważaj, bo jeszcze padniesz z zachwytu...
Zaśmiałem się  cicho. 
 Nie staliśmy długo w kolejce, wszystko szło dość zgrabnie. Byou aż przebierał nogami ze szczęścia (lub głodu, szczerze mówiąc ciężko mi było zidentyfikować), kiedy zbliżała się jego kolej, aby podejść do okienka. Przywitał się szarmancko z kucharką, która obdarzyła go pełnym politowania wzrokiem, po czym położyła przed nim talerz z jakąś substancją niewiadomego pochodzenia, która w przybliżeniu mogła być ryżem z warzywami. Nie mogłem być jednak pewny na sto procent. 
 - Fuj – skrzywiłem się na widok tego „specjału”.
 - No coś ty, przecież to raj na ziemi! - zawołał, obdarzając zachwyconym spojrzeniem kucharkę , odciągając mnie od okienka.
 - Niezły z ciebie aktor – szepnąłem gdy oddaliliśmy się na tyle, żeby kobieta w okienku nas nie usłyszała i w momencie, kiedy Byou ze skrzywioną miną wygrzebywał coś groszkopodobnego ze swojego obiadu, mrucząc „ohydztwo”. 
 - Trzeba sobie radzić – wysypał zielone kulki do śmietnika, po czym znalazł dla nas wolne miejsce. 
Usiadłem koło niego i wyciągnąłem pudełko z posiłkiem z torby. 
 - Co tam masz? - zaciekawiony, zajrzał mi przez ramię.
 - Obiad – uśmiechnąłem się drwiąco – Też powinieneś przynosić swój. Dziwne, że jeszcze się tymi glutami nie otrułeś. 
 - To są bardzo zdrowe posiłki z wysoką ilością substancji odżywczych – powiedział, wkładając sporą grudkę do ust i przełknął, nawet nie gryząc. 
 - Jak możesz to jeść i nawet się nie skrzywić? - obdarzyłem go pełnym obrzydzenia spojrzeniem.
 - Kwestia przyzwyczajenia. Instynkt przetrawnia mi to nakazuje. U ciebie by to nie przeszło – skwitował na widok równo ułożonych, idealnie symetrycznych kulek ryżowych. 
 - Ja przynajmniej wiem, co mam na talerzu.
Mój przyjaciel przewrócił oczami i zabrał się za swój posiłek. 
  Jedliśmy sobie spokojnie, rozmawiając na luźne tematy, aż nagle poczułem, że ktoś nade mną stoi. Na blat stołu padł spory cień. Przełknąłem głośno, mając zamiar uciec, ale nie miałem za bardzo gdzie. Jedyne co mi pozostało, to obrócić się i zobaczyć, kim jest tajemniczy osobnik. 
 - Cześć – Kouyou Takashima uśmiechał się szeroko. Nastroszone, farbowane na rdzawy blond włosy opadały mu w figlarny sposób na ramiona. 
 - Cz... cześć...? - Powiedzieć, że byłem zdziwiony, byłoby bardzo nie na miejscu. Lepiej ode mnie wyglądał jednak Byou, który otworzył oczy tak szeroko, że zdziwiłem się, że jeszcze nie wypadły. Oczywiście, usta również miał otwarte – Byou, ogarnij się – szepnąłem dyskretnie, po czym zwróciłem się w stronę wielkoluda – Mogę ci w czymś pomóc? 
 - Właściwie to mam pytanie – bezczelnie odsunął wolne krzesło i usiadł koło mnie, patrząc mi prosto w oczy – Co zrobiłeś Rukiemu, że chodzi taki wkurzony? 
 - Daj spokój, to było wczoraj, do jutra pewnie mu przejdzie... - powiedziałem wymijająco, skupiając wzrok na posiłku. 
  Zdecydowanie mu to nie wystarczyło. Złapał mnie za ramię i obrócił w swoją stronę. Wpatrywał się ze skupieniem, wlepiając we mnie ogromne, brązowe oczy.
 - No...?
  Chciałem, żeby sobie już poszedł, więc postanowiłem mu powiedzieć. W końcu był jego przyjacielem, tak? 
 - Myślę, że jest zazdrosny o Shiroyamę. Hej, czy z tym waszym wokalistą na pewno jest wszystko w porządku? Zachowuje się jak zakochana dwunastolatka.
Uruha zaśmiał się perliście, po czym spoważniał. 
 - Gdyby o to chodziło już dawno by ci dogadał.
 - Jak, skoro na krok go nie odstępujecie? - tak, to miało sens – Może sami go spytacie? 
 - Aoi powiedział, że nie chce wiedzieć. Śpię spokojniej, będąc nieuświadomionym w pewnych sprawach  – wyprostował się i zacytował z uniesionym palcem wskazującym – tak, to jego słowa – puścił perskie oko – A Ruki stwierdził, że skoro tak bardzo chcę wiedzieć, mam się ciebie zapytać. Więc jestem. 
 - A co ci tak na tym zależy? - spojrzałem na niego podejrzliwie. 
 - Martwię się o nich – powiedział, od niechcenia rysując palcem kółka na blacie stolika – Więc...?
 - Więc... - odetchnąłem. On ma na mnie zdecydowanie zły wpływ. Powinienem być bardziej asertywny  – Była taka sytuacja, w zeszłym tygodniu. Udało mi się wybłagać Aoi'a, żeby podszkolił mnie w grze. Więc przyszedłem do niego z gitarą i zaczęliśmy ćwiczyć. Ale szybko zrobiło się późno i nie miałem jak wrócić, więc Aoi sam zaproponował, żebym został na noc. Nie narzucałem się. Chyba nawet chciałem wracać pieszo do domu, ale powiedział, że nie chce mieć trupa na sumieniu, więc zostałem. Następnego dnia i tak była sobota. Rano przyjechał Ruki i kiedy zobaczył mnie śpiącego u Aoi'a w domu, wpadł w szał. Najlepsza scena zazdrości, jaką w życiu widziałem – zaśmiałem się drwiąco.
  Takashima patrzył na mnie, wyraźnie rozbawiony. 
 - Chyba rozumiem – uśmiechnął się.
 - Słuchaj, czy oni są razem? - postanowiłem być bezpośredni. 
 - Kto wie...? - powiedział tajemniczo, patrząc w okno, za którym widać było delikatnie opadające z nieba płatki śniegu. 
 Spojrzałem na niego, z zaciekawieniem. Czyli jednak obaj wolą chłopców, co?, zadrwiłem. 
 - Pasują do siebie – wstałem od stołu skierowałem się w stronę wyjścia.
 - Czyżbyś był zazdrosny? - Kouyou pobiegł za mną.
 - A wyglądam, jakbym był taki jak oni? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie, unosząc jedną brew. 
 - A chciałbyś być? - postanowił kontynuować zaczętą przeze mnie gierkę. Uśmiechał się prowokująco. 
 - Przestań – trąciłem go subtelnie łokciem. 
Zaśmiał się szeroko, bo czym spojrzał na zegarek. 
 - Muszę już iść na lekcje – powiedział – Przemyśl sobie to, co ci powiedziałem! - pomachał mi, po czym zniknął w tłumie.
 - Nigdy – Powiedziałem do siebie 
  Zauważyłem, że Byou patrzy na mnie zaciekawiony. Kompletnie zapomniałem o jego obecności. Fajny ze mnie przyjaciel, nie ma co. Teraz to dopiero będzie mi dokuczał. 
 - On zawsze gada w taki sposób? - wyglądał na zakłopotanego.
 - Nie przejmuj się nim. Chodź na lekcje, zostały już tylko dwie. 
 Wzruszył ramionami i poszedł do klasy. 

 ***

    Zima zapowiadała się przepięknie. Pierwszy śnieg przyszedł w połowie listopada, szybko zasypując ostatki walczących roślin i utrudniając ruch drogowy. Niestety, szkoła nie została zamknięta.
 Matsumoto jakby mniej mi dokuczał, ale za to spojrzenia Aoi'a stawało się coraz bardziej nieznośne. Byou mówił: „masz, co chciałeś”. Ale ja po prostu chciałem się z nim zaprzyjaźnić, a nie widzieć, jak codziennie mierzy mnie wzrokiem, z którego nic nie dało się wyczytać. Czułem się nieswojo. 

Pewnego razu widziałem, jak Takashima złapał go za rękę i idąc środkiem korytarza patrzył na mnie wymownie. Dla niego wymownie, bo ja kompletnie nie wiedziałem, o co mu wtedy chodziło. 

Kouyou żalił mi się kiedyś, że ich basista, Akira nie chciał się z nimi pokazywać publicznie, bo stwierdził, że zachowują się „gejowsko”. Mówiąc to, zrobił zbolałą minę i chyba zrozumiałem, dlaczego Akira się ich wstydził. Zaśmiałem się wtedy i powiedziałem, że nawet jeśli to prawda, mi to nie przeszkadza, bo lubię go za to jaki jest a nie, kim jest. 

Czasami wydawało mi się, że jest zbyt wylewny i nic nie ukrywa. To dlatego, że zawsze zachowywał się w taki sposób – dosłowny, prowokujący. Ale nie pytałem. Nigdy nie spytałem, jak jest naprawdę. Nie musiałem pytać. Wiedziałem. 

  Rodzice traktowali go jak śmiecia, nie miał łatwo. Dlatego zawsze w szkole był taki wesoły. Dlatego tak się kleił do ludzi. Odreagowywał, szukał wsparcia. Zawsze było mi go żal, ale nie chciałem tego okazywać. Wiem, że duma by mu na to nie pozwoliła, mógłby mnie za to znienawidzić. Nie byłem jego przyjacielem, tylko sąsiadem. Ale ufał mi. Kiedy miał problemy, zawsze do mnie przychodził. Wtedy też nie zadawałem pytań. Kiedy zostawał u mnie na noc, czasami słyszałem, jak płacze w pokoju gościnnym. 
 Ostatnio znowu przyszedł do mnie w środku nocy, z zaczerwienionymi, podbitymi oczami i rozwaloną wargą. 
 - Boże, Kouyou – nie poznałem go – Znowu?
 - Przepraszam, mam sobie iść? - jego głos był wypłukany z emocji. 
 - Zwariowałeś? - wydarłem się po nim, po czym szybko złapałem go za rękę i pociągnąłem do środka. Na zewnątrz była śnieżyca a biedak był w piżamie – Przecież mówiłem ci, że jakby coś się działo, masz natychmiast przyjść, pamiętasz? 
 Szeptałem, nie chcąc obudzić rodziców. Posadziłem go na kanapie i poszedłem szukać apteczki, przy okazji nastawiając wodę w czajniku. 
Znalazłem wodę utlenioną i plastry. Podszedłem do pociągającego nosem blondyna.
 - Co jest ze mną nie tak? - spytał.
 - Jesteś inny, a twoi rodzice to konserwatyści. Może kiedyś im przejdzie – uśmiechnąłem się blado, nie patrząc w jego twarz. 
 - Chyba jak się wyprowadzę. 
 - To dlaczego jeszcze z nimi mieszkasz? Jak chcesz, to możesz u mnie...
 - Nie, dzięki. Muszę być twardy – Wyprostował się. 
 Wyglądał iście groteskowo – rozczochrane włosy, czerwony nos, zapłakane oczy i ta zawzięta mina. Uśmiechnąłem się, podałem mu herbatę i usiadłem obok.
  - Podziwiam cię, wiesz? Mimo wszystko, śmiejesz się, jesteś zdeterminowany, pełen chęci do walki.
 - A może to tylko maska?
 - Nie mów tak. Żaden człowiek na twoim miejscu nie byłby w stanie się uśmiechać, zachowywać tak, jak ty się zachowujesz. Znaczy, że nadal jesteś sobą. 
 - Dziękuję ci – odłożył herbatę na stolik, po czym zbliżył się i mnie przytulił – Dziękuję, że mimo wszystko mnie nie odrzuciłeś, że mogę na ciebie liczyć, choćby i w środku nocy. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy - mówił załamującym się głosem.
 Jego ciałem zaczęły wstrząsać silne dreszcze. W miejscu, w którym znajdowała się jego twarz, koszula zrobiła się mokra od łez. 
 Wisiał na moim ramieniu, porywany spazmami nagłego płaczu. Jego dłonie zatopiły się w mojej koszulce, która - jako że była nieco zbyt luźna – zsunęła się z jednego ramienia.  
 Zrobiło mi się smutno. Byłem też nieco rozkojarzony. Tak długo, jak go znam, nigdy nie zachował się w taki sposób. Zawsze starał się być twardy. Wiedziałem, że tak nie jest, ale mimo wszystko on starał się zachować chociaż pozory. Po raz pierwszy naprawdę widziałem, jak płacze. Nie wiedziałem, jak interpretować jego zachowanie. Czy miałem zacząć już panikować? W końcu, takie załamanie jego zachowania mogło nie wróżyć nic dobrego. A może po prostu, w końcu, postanowił zaakceptować mnie jako bliską sobie osobę? Ufał mi, ale nigdy się tak przede mną nie otworzył. Miałem mętlik w głowie.
 - Kouyou... - szepcząc mu do ucha, pogłaskałem go po włosach, starając się go uspokoić – Właściwie, dlaczego ty mi tak ufasz? Dlaczego akurat mnie? Chodzi mi o to, że nie jestem jedyną osobą w podobnym do twojego wieku w sąsiedztwie, czyż nie? A mimo to, zawsze kiedy jest ci źle przychodzisz tylko do mnie. Wiem, że to działa też w drugą stronę. Ale nie mogę zrozumieć, dlaczego.
 Podniósł powoli głowę. Patrzył na mnie zdziwionym spojrzeniem ciemnobrązowych oczu.
Po chwili jego twarz przybrała zamyślony wyraz. 
 - Hm... Myślę, że chodzi o twoją aurę – odezwał się po kilku sekundach – Otacza cię niesamowita atmosfera. Wszyscy mamy wrażenie, że kiedyś będziesz kimś wielkim. Jesteś utalentowany, charyzmatyczny, masz potencjał. I złote serce – uśmiechnął się ciepło -  Dlatego Aoi tak do ciebie ciągnie.
Zaraz,  c o?!
 - Słucham? - patrzyłem na niego ogłupiałym wzrokiem.
 - Strasznie go onieśmielasz. A on myśli, że widzisz to, że za tobą łazi, dlatego ma wrażenie, że go unikasz. 
SŁUCHAM?!
 - Ła... łazi za mną? - A czy to nie działa czasem w druga stronę?
Pytanie brzmi – jakie są jego zamiary. Wiem przecież, że tak samo jak Ruki woli chłopców.
A ja chcę jedynie nauczyć się lepiej grać. No i co jak co, ale to on jest charyzmatyczny, nie ja.
Charyzmatyczny i  e g o i s t y c z n y. 
 Uruha popatrzył na mnie jak na chorego psychicznie. Po chwili na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Najpierw zachichotał dyskretnie, po czym to chichotanie przeistoczyło się w śmiech, tłumiony poduszką, którą przyłożył sobie do twarzy, żeby nie obudzić moich rodziców. 
 - Co cię tak bawi? - obdarzyłem go spojrzeniem spod przymrużonych powiek. 
 - Nic, po prostu jesteś kompletnie ślepy – był ewidentnie rozbawiony.
 - Hę? O czym ty mówisz? 
 - No, o Aoi'u oczywiście – przysięgam, że tak szerokiego uśmiechu jeszcze nie widziałem. Nawet u niego. Ta nagła zmiana nastroju trochę zbiła mnie z tropu. 
 - Może tak jaśniej? - irytowała mnie ta zabawa w kotka i myszkę. 
 - Chodzi mi o to, że Ruki jest za-zdro-sny~ – zaśpiewał, kręcąc w powietrzu młynka palcem wskazującym. 
 Obwicie oplułem stolik herbatą, którą właśnie piłem. Miałem dziwne przeczucie, że to się mogło źle skończyć, ale bardzo nie chciałem, żeby wystygła, więc w czasie naszej rozmowy cały czas ją popijałem. 
 - Ja... jak to „zazdrosny”? O mnie? - spytałem, krztusząc się.
 - No a o kogo? - otworzył niedowierzająco oczy - Aoi praktycznie nie gada o niczym innym jak o tym, że „Kazuki to geniusz. Zobaczycie, jeszcze będzie lepszy ode mnie!”, albo „Ten dzieciak jest niesamowity!”. A już w ogóle hitem jest „Wczoraj znowu mijałem go na korytarzu! Ruki, czemu ty nie jesteś taki słodki?” - Mówił to z takim przekonaniem i miną niewiniątka, że zgłupiałem. 
 - Aoi-senpai? Jesteś pewiem? - byłem sceptycznie nastawiony. 
Przytaknął mi energicznie. 
 - Co jak co, ale takim kłamczuchem jak Ruks to ja nie jestem – nadął policzki.
 - No dobra, przecież ci wierzę – spojrzałem na niego przepraszająco – Co nie zmienia faktu, że Shiroyama widząc mnie zachowuję się w sposób, który kompletnie przeczy temu co powiedziałeś.
 - Mówiłem ci już. Onieśmielasz go. A do tego jesteś śliczny – zbliżył się do mnie, mrużąc powieki. 
 Odepchnąłem go od siebie. Oblewając się gwałtownym rumieńcem, odwróciłem się w drugą stronę. 
 - Czy jest w waszym zespole chociaż jedna osoba, która woli dziewczyny?
Takashima zamyślił się. 
 - No. Kai i Reita z tego co mi wiadomo – wzruszył ramionami.
 - Mówisz, jakby to było coś dziwnego! 
 - Niech żałują – uśmiechnął się od ucha do ucha. 
 - Na litość boską, Koyou, jak ty możesz być taki dosłowny? - popatrzyłem na niego z litością. 
 - A ty? - jego spojrzenie przybrało drapieżny wyraz – Wolisz dziewczyny? 
 - Oczywiście...! 
 - Zawahałeś się – uśmiechnął się triumfalnie. 
 - Nie prawda! - broniłem się
 - Ale jesteś czerwony – zaśmiał się, po czym jego twarz diametralnie zmieniła wyraz. Wydawał się być zamyślony. Wyglądał, jakby knuł coś złego - Jutro jest sobota, prawda? - upewnił się. Przytaknąłem - To dobrze. Zostanę na noc, a potem gdzieś cię zabiorę. 
 Patrzył na mnie diabelnie. Przełknąłem głośno ślinę, ale wolałem nie protestować. 
  Zaprowadziłem go do pokoju gościnnego, po czym sam położyłem się spać. 
 Śnił mi się Aoi, który zawzięcie kłócił się o coś z Rukim. Nie słyszałem jednak słów. Widziałem wkurzonego Shiro, który gestykulował zawzięcie i płaczącego z frustracji Matsumoto. Nie wiem, czy śniło mi się to tylko chwilę, czy może przez całą noc. Wiem tylko, że to był mój jedyny sen aż do momentu przebudzenia.
_________________

Ok, to tyle na dzisiaj~ Mam już stały dostęp do komputera, więc następny rozdział powinien pojawić się niedługo, trzymajcie za mnie kciuki! :D

I pamiętajcie o komentarzach. Bo zacznę gryźć~  s(・`ヘ´・;)



AHA I OGŁASZAM KONKURS NA TYTUŁ! DLA TEGO, KTO WYMYŚLI COŚ ŁADNEGO I CHWYTLIWEGO NAPISZĘ FICKA Z WYBRANYM PARINGIEM
~ (jrockowym oczywiście) (ノ´ヮ´)ノ*:・゚✧

EDIT: mam już tytuł.


WSZYSTKIE WYDARZENIA PRZEDSTAWIONE W TYM OPOWIADANIU SĄ WYMYSŁEM CHOREGO MÓZGU AUTORKI I CZYSTKĄ FIKCJĄ LITERACKĄ~


piątek, 14 lutego 2014

walentynki (PARINGU NIE ZDRADZĘ, TEHE~)

   Więc tak... Życzę wam, moi kochani, wszystkiego najlepszego z okazji walentynek!
Chociaż może jest to lekka hipokryzja z mojej strony, bo sama walentynek nie obchodzę (nie mam z kim, hehe~) i niespecjalnie je lubię, to postanowiłam, że może to być jakiś ciepły gest z mojej strony i napisałam dla was krótkie opko, które szczególnie dedykuję mojej najlepszej przyjaciółce Aki, dziękuję, bez twojego wsparcia pewnie nie zdecydowałabym się na dalsze pisanie,
oraz wokaliście zespołu Royz - wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Baru-chan~! ♥

_____________________________


  Blondyn poprawił szalik i spojrzał w niebo. Tegoroczna zima była ogromnym zaskoczeniem dla całego kraju; Tak intensywnych opadów nie widziano od lat.
Wielkie, białe grudy śniegu sypały się z nieba,w ciągu zaledwie godziny dokładnie pokrywając każdy wolny centymetr kwadratowy chodników, dachów budynków, drzew a nawet głów i ramion przechodniów.
  Uśmiechnął się do siebie i wystawił język, na którym wylądowała i w ciągu ułamka sekundy roztopiła się biała grudka. Kolejna spadła na jego nos.
Nie przejmował się mijającymi go ludźmi, którzy obdarzali go krzywymi spojrzeniami. Miał to w nosie, był szczęśliwy. Nie wiedział do końca dlaczego, przecież nic się nie wydarzyło.
Jeszcze..., uśmiechnął się w duchu.
 Dzisiaj wyzna swoje uczucia ukochanej osobie. Najwyżej nie weźmie go na poważnie, wyśmieje, albo zacznie omijać szerokim łukiem. Trudno. Odczuje ulgę, że jest z tą osobą szczery.
  Ale nie mogę zrobić tego tak... Po prostu.., zamyślił się. Rozejrzał się po wyłożonych szkarłatnymi ozdobami witrynach sklepów. Tylko co mam kupić? Wszystko jest takie oklepane.
Wzruszył ramionami. Walentynki mają to do siebie, że są oklepane, tandetne i – przede wszystkim – konsumpcyjne. Spojrzał w kierunku najbliższej cukierni. Na widok ciągnącej się na chodniku kolejki wstrząsnął nim zimny dreszcz.
  Czekoladki odpadają - I pomyślał o płaskim brzuchu swojej przyszłej walentynki, szczupłych rękach, zgrabnych nogach. Pokręcił głową – zdecydowanie odpadają.
  Nagle za plecami usłyszał pisk szczęścia. Zaciekawiony, odwrócił się w tamtym kierunku. Dziewczyna w szkolnym mundurku przytulała się do wysokiego chłopaka. W ręce trzymała pluszowego misia. Chociaż bardziej trafnym określeniem byłoby tu słowo „niedźwiedź”, bo pluszak był ogromny, wielkością niemal dorównywał drobnej uczennicy. Miś był jasnobrązowy a w łapach trzymał czerwone serce.
  To jest to!, Pomyślał, nagle olśniony blondyn, po czym popędził do sklepu z zabawkami. Kupił jednać coś mniejszego. Dużo mniejszego. Chciał, żeby to było subtelne, raczej symboliczne. Uśmiechnął się na widok maleńkiego, mieszczącego się w dłoni szarego misia, który – podobnie jak tamten olbrzymi – dzielnie dzierżył w łapkach czerwone serduszko, na którym po angielsku napisane było „I Love You”.
Zarumienił się, na myśl o wręczeniu tego prezentu, włożył misia do małej torebki na prezent w różnorodnego koloru i kształtu serduszka i schował pakunek do kieszeni płaszcza, do których wsunął również zmarznięte dłonie.
  Z każdą chwilą denerwował się coraz bardziej.
Stwierdził, że zanim wyzna swoje uczucia, musi przygotować się do tego psychicznie. Udał się więc do parku.
 Wchodząc tam zauważył pewną ciekawą właściwość. Mianowicie, park zapełniony był parami. TYLKO parami. Blondyn był jedyną samotną osobą, przynajmniej w zasięgu swojego wzroku.
Do czasu, pomyślał, niecierpliwiąc się.
Zakochani otaczali go z każdej strony. Jedni siedzieli na ławkach, drudzy spacerowali, inni jeździli na prowizorycznym parkowym lodowisku. A wszyscy bez wyjątku patrzyli sobie w oczy i trzymali się za ręce, co kilka minut wymieniając się pocałunkami.
  Nagle zawiał silniejszy wiatr, strącając blondynowi z szyli wełniany szalik i porwał go kilka metrów dalej. Konkretnie – prosto do rzeki, która wciąż jeszcze nie zdążyła zamarznąć. Jasnowłosy patrzył, jak jego szalik znika pomiędzy nielicznymi odłamkami lodu.
Przeklął pod nosem i usiadł na najbliższej ławce.
 Może to był znak...?, pomyślał, znów spoglądając w pokryte śniegowymi chmurami niebo.
Zamyślił się. Co jego walentynka w ogóle myśli o tym święcie?

To głupie – odezwał się głos w jego głowie – No bo... Skoro się kogoś kocha,
nie czeka się cały rok, żeby mu to powiedzieć, prawda?
To strasznie sztuczne...

  Zagryzł wargi i nie zastanawiając się zbytnio, zgniótł w dłoni torebkę z misiem, która jednak nadal pozostała w jego kieszeni. To wspomnienie jakoś nagle go zniechęciło.
Westchnął i odprowadził wzrokiem jakąś śmiejącą się parę.
  - Będziesz chory, Baru-kun – nagle tuż nad jego lewym uchem odezwał się znajomy głos – Gdzie zgubiłeś szalik?
  - K... Kuina? Co ty tu robisz?!
  - Poszedłem się przejść – wzruszył ramionami fioletowowłosy i usiadł obok przyjaciela.
Spojrzał jeszcze raz na jego odkrytą szyję i zacmokał z dezaprobatą. Zdjął swój szalik i bez słowa owinął nim blondyna.
  - Ale...
  - Nie marudź. Mnie nic nie będzie a ty zbyt łatwo się przeziębiasz. Głupio by było, gdybyś teraz... - urwał i przygryzł dolną wargę.
  Jasnowłosy spojrzał na niego z nieukrywaną ciekawością.
  - Gdybym teraz co?
Fioletowy odwrócił wzrok. Blondyn dopiero teraz zauważył, że cały czas trzymał coś w ręce. Była to biała, nie podpisana koperta, której rogami bawił się nerwowo.
  - Kuina... - położył dłoń na jego ramieniu.
Wywołany podniósł się nagle z ławki, stanął do niej bokiem, a właściwie prawie plecami i nie patrząc na przyjaciela wręczył mu rzeczoną, lekko zmiętą kopertę.
  - Co to?
  - Nie gadaj. Otwórz.
Jego twarz płonęła soczystą czerwienią.
 Serce blondyna na moment zupełnie się zatrzymało, by potem zacząć uderzać w żebra ze zdwojoną siłą. Drżącą ręką odebrał kopertę.
Powoli zaczął ją otwierać.
  - Nie wlecz się tak – niecierpliwił się fioletowowłosy.
  - Przepraszam.
Wyciągnął zawartość koperty i wstrzymał oddech. W dłoni trzymał – ni mniej, ni więcej – tylko właśnie intensywnie czerwoną, ale skromną kartkę walentynkową. Czując, że zaraz zemdleje, otworzył ją i przeczytał, nakreślone krzywym pismem przyjaciela słowa: „kocham cię, głupku”. Poczuł rozlewające się ciepło w okolicy serca. Uśmiechnął się, a z jego oka popłynęła pojedyncza łza, której jednak fioletowy nie zauważył.
  - Kuina... Ty... ty naprawdę nie potrafisz okazywać uczuć – uśmiechnął się ciepło.
Fioletowowłosy zrobił skrzywioną minę i już miał odejść, lub przynajmniej zapaść się pod ziemię ze wstydu, kiedy przyjaciel złapał go nagle za rękę, zerwał się z ławki i przytulił.
  - Dziękuję... - wyszeptał blondyn i dyskretnie wcisnął mu w dłoń torebkę z misiem – Też cię kocham.
  I nie chcąc mówić już nic więcej po prostu go pocałował. Poczuł, jak świat woków niego wiruje. Zamknął oczy i pozwolił swojemu umysłowi odpłynąć. Wszystko wokół niego stało nie nagle nie ważne. Liczył się tylko On i uczucie, które ich łączyło. Choć dotyk kolczyków w jego wardze i języku, w liczbie dokładnie dziesięciu był czymś dziwnym i zupełnie dla blondyna nowym, to było w tym coś intrygującego, co działało na niego prawie jak afrodyzjak. Powoli ich usta rozdzieliły się, jednak twarze wciąż stykały się ze sobą.
  - Wszystkiego najlepszego, Subaru – uśmiechnął się prawie prowokująco fioletowy. Blondyn czuł, jak kolana się pod nim uginają.
  - To było z okazji walentynek, czy urodzin? - spytał zadziornie.
  - Wybierz – odpowiedział wyższy, po czym pocałował go jeszcze raz, tylko – ku rozczarowaniu blondyna – krócej.
  - Myślałem, że nie wierzysz w walentynki.
  - Bo nie wierzę – wzruszył ramionami – Zrobiłem to dla ciebie. Bo cię kocham...
Młodszy śledził, jak twarz jego przyjaciela znów zmienia kolor na czerwony. Uśmiechnął się.
  - A więc śledziłeś mnie? - spojrzał na niego z udawaną podejrzliwością.
  - Nie do końca – fioletowowłosy uśmiechnął się szeroko.
A uśmiechał się naprawdę pięknie – szeroko, ukazując pełen komplet bielutkich, prostych zębów i mrużąc przy tym w zabawmy sposób oczy.
  - Cieszę się... - blondyn zarumienił się nagle i opuścił wzrok.
  - Z czego znowu?
  - Z tego że cię mam. Sprawiłeś mi najlepszy prezent urodzinowy i... walentynkowy, jaki w ogóle mogłem sobie wyobrazić. Sam miałem ci o tym powiedzieć, ale nerwy mnie zjadły i-
  - Oj nie gadaj tyle – zacmokał wyższy i pocałował go, bardziej namiętnie i o wiele dłużej w porównaniu do dwóch poprzednich pocałunków.
 Odpływam... - pomyślał blondyn – Jestem szczęśliwy. Dziękuję ci, Kuina. Dziękuję i kocham cię.
  Zatopił dłonie w jego fioletowych włosach. Miał ochotę wykrzyczeć swoje szczęście całemu światu.   

Do tej pory jego urodziny były dla niego najgorszym dniem w roku, kiedy czuł się szczególnie samotny. Wiedział, że już tak nie będzie.
Faktycznie, dostał najlepszy prezent urodzinowy.

_____________________________


Więc tak... Przepraszam, że tak krótko. To miał być tylko symboliczny prezent, więc nie chciałam się też za bardzo rozpisywać.Ale powiem, wam że nie wiem czemu, ale dziwnie się czułam pisząc to O.o
Nie chciałam zdradzać na początku paringu (chociaż poniekąd to zrobiłam XD), ale wybrałam taki celowo, właśnie ze względu na dzisiejsze urodziny Subaru. Uznałam, że to urocze. A dlaczego Kuina? Bo go uwielbiam a jego przyjaźń z Subaru to po prostu cud-malina :D
Dziękuję wam za wytrwałość i mimo wszystko fakt, że ktoś to czyta.
Dziękuję również za prawie 250 wyświetleń. Chociaż, jak to ja, oczywiście muszę ponarzekać. Jest mi smutno, bo pomimo tylu odsłon, wciąż nie chcecie komentować. A to jest rzecz, która najbardziej motywuje do dalszej pracy i rozwijania pasji, jaką jest dla mnie pisanie.

Jeszcze raz życzę miło spędzonych walentynek wszystkim tym, którzy mają z kim, oraz tym samotnym :) (jak ja lolololol XDD)
Dziękuję raz jeszcze - keró-kón aka Tamashi

niedziela, 12 stycznia 2014

"Nauczę cię kochać" (The gazettE)


Więc tak... W końcu udało mi się dodać to opowiadanie. Powiem szczerze - nie jestem z niego zadowolona. Nawet nie chciało mi się sprawdzać błędów >.<

Nie zdradzę wam paringów :> Niech to będzie dla was niespodzianka. Nie powiem wam też, o czym jest opowiadanie. Po prostu chcę, żebyście je przeczytali i napisali mi komentarz. Zróbcie to, pliz, tym razem wasze zdanie jest dla mnie jeszcze bardziej ważne niż poprzednio ;___;

I ŻEBY NIE BYŁO: JEŻELI KTOŚ UWAŻA, ŻE RUKI TO ÓSMY CUD ŚWIATA, NAJBARDZIEJ ŚWIĘTY I CUDOWNY CZŁOWIEK NA ZIEMI - TO NIE JEST OPOWIADANIE DLA NIEGO.
TAK, ZLINCZUJECIE MNIE ZA TO, ALE ZROBIŁAM Z NIEGO STRASZNEGO BAŁAGANIARZA XDDD (i nie tylko ;______;)

No więc, bez zbędnego, dalszego gadania, zapraszam do lektury :3

___________________________


 - Raaany... - Reita przeciągnął się na ogromnej kremowej kanapie, wyciągając nogi na szklany stolik do kawy – Wiecie co? Zbyt długo się leniliśmy... Na samą myśl o tym, że mamy znów zacząć trasę koncertową, mam dość.
  - Żartujesz sobie?! - Aoi obdarzył go najbardziej pogardliwym spojrzeniem, jakie posiadał w swoim repertuarze – Znaczy, całkiem upadłeś na głowę? Albo po prostu jesteś aż tak głupi.
 - Daj spokój, Aoi. Dobrze wiesz, że to śmierdzący leń. Po co w ogóle z nim dyskutujesz? - Kai nawet nie podniósł wzroku znad sterty papierów, które piętrzyły się na biurku, przy którym siedział. Zmarszczył tylko brwi, po czym znów wrócił do studiowania ich, mrucząc coś do siebie.
 Aoi przewrócił oczami. Jak on mógł tak bluźnić? Przecież występy na żywo to najlepsza część ich pracy. Po to żyją, dla takich momentów tworzą... Móc widzieć przed sobą tłumy ludzi, które Cię uwielbiają, które przychodzą na koncerty specjalnie dla Ciebie, poczuć znów przypływ ożywiającej adrenaliny. Poczuć się szczęśliwie wyczerpanym, podziwiać jego ruchy na scenie...
   Zaraz, co?
Aoi otrząsnął się z dziwnego wrażenia. O czym on właśnie pomyślał? Pokręcił głową, cmokając z dezaprobatą. Tak nie powinno być. Musi zabrać się do pracy, zanim całkiem zacznie wariować.
 W tym momencie do pokoju wszedł Ruki, niosąc wielki kubek z kawą. Wyglądał... no cóż... Wyglądał jak zmora. Ruki, nie kubek, rzecz jasna.
Jego malutkie oczy, na których nie miał założonych soczewek, przypominały wąskie szparki. Efekt podkreślały ciemne smugi pod oczami, świadczące o skrajnym niewyspaniu. Ubrany był w ogromny dres; Sunął zbyt długimi nogawkami po brązowym dywanie, narzucona na klatkę piersiową koszulka przypominała czarny worek. Przy jego drobnej posturze wyglądało to naprawdę zabawnie.
 - Widzę, że znowu korzystasz z szafy Uruhy – zakpił Reita – o której poszliście wczoraj spać?
 - No cóż – Ruki opadł na kanapę z zamyślonym wyrazem twarzy, spojrzał na trzymany w dłoni kubek – Jeżeli ilość wypitej kawy jest odwrotnie proporcjonalna do ilości przespanych godzin... to bardzo późno.
Uśmiechnął się złośliwie. Nagle, jakby wiedziony dźwiękiem jego słów, do pokoju wszedł Uruha, ocierając oczy dłonią. Pomimo faktu, że sam spał tylko czasu, co Ruki, wyglądał wprost promieniująco.
Aoi poczuł ukłucie zazdrości. Zagryzł dolną wargę.
 - Cześć wszystkim – Kouyou usiadł obok, Rukiego, który ostentacyjnie objął go ramieniem w pasie.
Uruha naprawdę prezentował się o wiele lepiej od wokalisty. W odróżnieniu od niego wyglądał w miarę świeżo. Nie miał też na sobie gigantycznego dresu, w którym wyglądałby jak wieszak. Ale nawet jeśli założyłby ubranie, której w tamtej chwili miał na sobie Takanori – który, jakby na to nie spojrzeć jest od niego o głowę niższy – wyglądałby w nim... normalnie. Być może również dlatego, że najprawdopodobniej było to jego ubranie.
W każdym razie gitarzysta zdecydowanie nie miał na sobie wielkiego dresu. A przynajmniej nie było to coś, co okrywałoby go od pasa w górę. Owszem, miał na sobie wygodne, sportowe spodnie, ale jego brzuch i klatka piersiowa były zupełnie nagie, odsłaniając pięknie wyrzeźbione ciało. Skóra była jasna, ale w delikatnie oliwkowym odcieniu. Zdawała się być porcelanowa i krucha.
 Ruki przejechał palcem po zagłębieniu na środku jego brzucha. Uruha skrzywił się na ten gest czułości.
 - Skończcie z tym teatrzykiem – odezwał się Reita – Ruki, wszyscy wiemy, że jesteś zboczony i niewyżyty, ale mógłbyś się ogarnąć. Nie koniecznie chcemy to oglądać... - skrzywił twarz w grymasie niezadowolenia – Poza tym, Uruha, do ciężkiej cholery, czemu on wiecznie popierdala w tej twojej piżamie? Weź kup mu jego własną na urodziny, święta, czy rocznicę i z łaski swojej przestań łazić półnagi.
 - Święte słowa! - obruszył się nagle Ruki – Uruś, skarbie dlaczego się obnażasz?!
Nadął policzki. Uruha wyglądał na zmieszanego. Nie. Wyraźnie nie wiedział, co ma powiedzieć. I wyglądał trochę tak, jakby chciał się zapaść pod ziemię. Pomasował nerwowo kark.
 - No wiesz... Pożyczam ci moje koszulki, bo sam nie lubisz chodzić z gołym brzuchem.
 - Urocze. Ale i tak proszę, byś coś na siebie założył. Nawet w tym towarzystwie, nie podoba mi się, że ktoś poza mną widzi cię no... nago.
Shima przewrócił oczami, wyraźnie zniecierpliwiony.
Reita, Kai i Aoi jęknęli zniesmaczeni.
Lider podniósł wzrok znad biurka:
 - Uru, błagam. Oszczędź nam tej jego tyrady i po prostu się ubierz.
Brunet przygryzł wargę. Myślał nad czymś gorączkowo.
 - Nie mam – odezwał się po chwili, wzruszając ramionami.
 - Jak to „nie masz”?! - Reita wybałuszył na niego oczy.
 - No nie mam. Dałem wszystkie koszulki Rukiemu. Kai marudził, że ma syf w pokoju, więc wrzucił je do prania.
Rei zmiażdżył perkusistę wzrokiem.
 - Same z tobą problemy, przeklęty pedancie... - westchnął, po czym kręcąc głową z niezadowolenia zaczął zdejmować swoją koszulkę, by podarować ją przyjacielowi.
Uprzedził go Aoi. Zanim Reita się zorientował, ten stał już koło drugiego gitarzysty, półnagi, trzymając w wyciągniętej dłoni własną koszulkę.
 - Masz.
Uruha patrzył na niego, zdziwiony. 
 - No bierz! Bo Rukiemu jeszcze strzeli do głowy jakiś głupi pomysł na twój widok, a raczej wolelibyśmy tego uniknąć.
Nie patrzył na niego. Jego wzrok utkwiony był w jakimś obiekcie na oknem.
Uruha posłusznie przejął od niego koszulkę i zarzucił na siebie jednym, zgrabnym ruchem.
Aoi wyszedł z pokoju bez słowa.
  Ruki spróbował pocałować bruneta, ale ten, milcząc odwrócił od niego twarz.
Wokaliście wyraźnie się to nie spodobało. Prychnął na niego, po czym podniósł się z kanapy, odłożył z trzaskiem kubek na stolik, rozlewając przy okazji pozostałą w nim kawę i tupnąwszy nogą poszedł w kierunku odwrotnym do tego, w którym udał się Aoi.
Uruha spuścił wzrok.
 - Czy mi się wydaje, czy on cię wykorzystuje? - spytał Reita z troską.
 - On... On po prostu się nie wyspał – Uruha, wyraźnie zdołowany pociągnął dyskretnie nosem.
 - Nie tłumacz go – odezwał się Kai zza biurka – wszyscy wiemy, że to szantażysta – Podniósł głowę i zsunął lekko z nosa swoje okulary do czytania – Słuchaj, jeśli nie czujesz się dobrze w zaistniałej sytuacji, po prostu powiedz słowo a my... - Reita przytakiwał mu gorączkowo kiwnięciami głowy 
 - Daj spokój – Uruha przerwał mu - wszystko jest OK – uśmiechnął się blado.
 - Kłamiesz – skomentował Rei – widać to po tobie. Coś jest nie tak a ty nie chcesz nam powiedzieć, co.
 - Po prostu nie chcemy wyciągać pochopnych wniosków.
 - Więc darujcie sobie to dochodzenie – Uru podniósł się z kanapy – Jestem dorosły. Ruki też. Żaden z nas nie potrzebuje, żeby prowadzić go za rączkę.
 - Kouyou, staramy się pomóc – głos Kai'a stężał.
Uruha przygryzł dolną wargę. Kiedy lider mówił do nich po imieniu, oznaczało to, że jest śmiertelnie poważny. Chciał uniknąć konfrontacji.
 - Powiedziałem już – skwitował, po czym opuścił pokój dzienny i, nie wiedząc, dlaczego, udał się do sypialni wokalisty.
Wszedł bez pukania. Nigdy tego nie robił. Była to ich niepisana zasada. Zaufanie przede wszystkim. Uruha uśmiechnął się gorzko na tą myśl.
Takanori leżał na łóżku, twarzą zwrócony w stronę okna. Koszulka Uruhy została rzucona przez niego na podłogę. Takashima westchnął i usiadł na łóżku obok Rukiego.
Musnął palcem wgłębienie na nagim boku wokalisty.
 - Przepraszam... - wyszeptał i ucałował jego prawą łopatkę – Nie chciałem, żeby było ci przykro.
 Blondyn bez słowa odwrócił się w jego stronę, przyciągnął go do siebie i pocałował. Długo i beznamiętnie. Jakby zostawiał na nim świadectwo własności. Mówił „jesteś mój”.
Z oka Uruhy spłynęła pojedyncza łza. Udając, że jej nie zauważył, przymknął powieki.
Wiedział, co teraz będzie.
Teraz Ruki zrobi z nim to, co będzie chciał zrobić.
Będzie go bolało, będzie miał ochotę krzyczeć, wyrwać się i uciec z pokoju, ale nie zrobi tego. Dlatego, że poprzysiągł sobie, że sprawi, żeby Ruki był szczęśliwy za każdą cenę. Nawet jeśli stawką było jego ciało i zdrowie.
  Nadal będzie udawał przed resztą zespołu, że wszystko jest w porządku, tak, jak robił to do tej pory.
  Koyou przełknął resztę łez cisnących mu się do oczu i po prostu pozwolił, by jego tak zwany przyjaciel wykorzystał go – tak, wykorzystał. Uruha doskonale wiedział, że jest wykorzystywany, ale wmawiał sobie, że przyjaźń wymaga poświęceń – tak, jak mu się podoba.
  Zasyczał, gdy wokalista wgryzł się w jego kark, niczym wampir. Dość głęboko, by poczuł, że skóra pęka i wypływa z niej cieniutka stróżka krwi. Nawet nie zauważył, kiedy wokalista zdążył zdjąć z niego ubrania.
  Ruki popchnął go na materac i zawisnął nad nim, uśmiechając się drapieżnie. Uru odwrócił wzrok, starając się nie pokazać kłębiących się w nim emocji.
 Miejmy to już za sobą.
  Blondyn położył się na nim i przycisnął brutalnie swoje usta do jego, tym razem wkładając więcej emocji w pocałunek. Wydawał się nim delektować. Spijać z niego cały smak. Następnie obdarował serią krótkich pocałunków jego szyję, obojczyk, klatkę piersiową...
                                                                          *** 
 - Boże, jak oni tak mogą... - Reita z niesmakiem spojrzał w stronę pokoju wokalisty – Co ty na to, żeby wygłuszyć im ściany?
 - Nie podoba mi się to – Kai zmarszczył brwi. Siedział na fotelu naprzeciwko Reity – Ruki zachował się jak obrażona królewna, tylko dlatego, że Uru nie chciał go pocałować. I jeszcze ta chora akcja z jego odkrytym brzuchem. Wiesz co, jak dla mnie to, co się tam dzieje brzmi zbyt brutalnie. Tym bardziej zważając na fakt, że oni całą noc...
 - Wiesz, ja się tam nie wsłuchuję – Rei spojrzał na niego badawczo – Ale też wydaje mi się, że Ruks przegina.
 - To przecież oczywiste, że on go wykorzystuje – szatyn był wyraźnie zbulwersowany – Ruki to zboczona świnia i w idiotyczny sposób owinął sobie naiwnego Uruhę wokół palca. Doskonale wie, jak wzbudzić w nim poczucie winy. Chociaż, nawet jak na niego to i tak zbyt wiele.
 - Dość tego – warknął nagle Aoi z drugiego końca pokoju. Kai i Reita odwrócili głowy w jego stronę – Nie pozwolę, by tak go traktował.
 - Stój, to nie ma sensu – zatrzymał go basista – Teraz chcesz tam wchodzić?
Yuu zatrzymał się, namyślił, po czym złożył ręce na piersi, nadął policzki i opadł na kanapę.
 - Masz rację. Poczekam aż skończą. Ale wtedy niech Bóg chroni tego małego gremlina, żeby coś z niego zostało, gdy już skopię mu tyłek – zazgrzytał zębami.
 - Nie unoś się tak. Wokalista nam się jeszcze przyda – Rei podsunął mu pod nos paczkę papierosów.
 - Drugi gitarzysta też – warknął odpychając jego dłoń – Poza tym... Uruha... - głos mu się załamał – Mój Uruha... Ruki to kretyn, który nawet nie potrafi dostrzec, jaki skarb ma tuż pod nosem. Wykorzystuje go jak... jak swoją zabawkę. Nie daruję mu tego – wycedził przez zaciśnięte zęby.
 - Więc to o to chodzi...! - krzyknął basista triumfalnie – Zakochałeś się, Aoi.
 - Ale z ciebie idiota, Rei – Kai zdzielił go po głowie – Zero wyczucia. I nie zachowuj się, jakbyś co najmniej odkrył zamieszkałą przez obcą formę życia planetę.
 - Po prostu się nie cackam, tak? Co ja mogę poradzić na to, że Aoi to życiowa sierota, au! - Reita, oburzony pomasował bolące miejsce – Kai, nie bij mnie już...
 - Nie będę, jeśli zmądrzejesz – skwitował, po czym zwrócił się do gitarzysty – Obiecaj mi, że z nim porozmawiasz. Na spokojnie.
Aoi wymruczał coś pod nosem, podniósł się i zarzuciwszy nagle lekką kurtkę i okulary przeciwsłoneczne stwierdził, że wychodzi.
Gdy tylko trzasnęły drzwi wejściowe, Reita zwrócił się do lidera:
 - Wiedziałeś?
 - Nie jestem ślepy – wzruszył ramionami – Uruha ma rację. Są dorośli. Nie będę się w to mieszał.
 - Jesteś ich przyjacielem, do cholery! - Akira podbiegł do niego i wstrząsnął nim, mając nadzieję, że się opamięta, cudem otrzeźwieje i ruszy z hukiem do Ruksowej sypialni celem uratowania ich biednego gitarzysty – Widzisz, co się dzieje, wiedziałeś o wszystkim, dlaczego nie zareagowałeś wcześniej? Ja... Byłem ślepy, masz rację. Nie zauważałem, co się dzieje. Ale gdybym wiedział, do cholery... Zrobiłbym coś, Kai. A ty po prostu czekałeś bezczynnie, aż wszystko się posypie. Jesteś strasznym ignorantem. Ignorantem i egoistą. Wiesz, co...
Przerwał mu przeciągły jęk, który zabrzmiał tak, jakby ktoś zanosił się płaczem.
Uruha.
 - Wystarczy – Reita zmarszczył brwi. Ruszył w stronę pokoju wokalisty.
 - Stój! - zagrzmiał Kai – Zrób jeszcze krok w tamtą stronę a przysięgam, rozwiążę zespół!
Zawahał się, ale nie poszedł dalej. Westchnął, wyciągnął telefon, wystukał coś energicznie, po czym schował komórkę z powrotem do kieszeni. Spojrzał zimno na perkusistę.
Nie.
To nie było zimne spojrzenie. To spojrzenie zmroziło krew w żyłach Kai'a. Poczuł się, jakby nagle wylądował na Arktyce. I to w samej bieliźnie.
 - Ja nic nie zrobię – uniósł dłonie w poddańczym geście, ale jego głos był równie zimny, co spojrzenie – Ale chcę, żebyś wiedział, że jak tak dalej pójdzie, przyszłość zespołu wisi na włosku. I to wyjątkowo cienkim. Któryś z nas w końcu się złamie. I mam wrażenie, że to się stanie o wiele szybciej, niż przypuszczasz.
 Jakby w odpowiedzi na jego słowa, z pokoju Rukiego znów dobył się płacz.
 - Ruki, błagam... Przestań... - Słychać było, że Uruha z trudem łapał powietrze.
Reita skrzywił się. To, co się działo... To była jakaś kompletna paranoja. Ruki zawsze był egoistyczny i znany ze swoich małych szantaży, ale to było już przegięcie. Rei powiedział, że nic nie zrobi w tej sprawie. Nie teraz. Poczeka i porozmawia z Rukim. Chociaż wszystko się w nim aż gotowało i miał ochotę zdzielić go porządnie po twarzy, wiedział, że gdyby nadarzyła się ku temu okazja, nie zrobiłby tego. W życiu by go nie skrzywdził. Mógłby walnąć Aoi'a, ale Rukiego? Nigdy.
Nagle rozległo się trzaśnięcie drzwiami. Do pokoju wpadł zdyszany Aoi, ściskając w ręku smartfona. Zdjął w pośpiechu kurtkę i rzucił ją na kanapę. Nie miał już na nosie swoich okularów przeciwsłonecznych. Zapewne cisnął je gdzieś na chodnik i zdeptał w złości po odebraniu wiadomości od Reity.
Zdecydowanym krokiem ruszył do pokoju wokalisty.
 - Nawet nie próbuj mnie zatrzymywać – warknął do Kai'a, który chyba nawet nie miał takiego zamiaru.
Kopniakiem otworzył drzwi i nie powstrzymując się walnął Rukiego z pięści, zrzucając go z łóżka. Blondyn był zszokowany. Szybko zarzucił na siebie koc i spojrzał na Aoi'a wyzywająco.
 - Wypierdalaj stąd, Takanori – wysapał, zbyt wkurzony, by wdawać się z nim w niepotrzebną dyskusję. Chciał uniknąć ponownego użycia pięści, ale wokalista wydawał się być niewzruszony – No już! Zanim przywalę ci drugi raz, tylko mocniej!
 - To mój pokój – odezwał się buntowniczo. 
 - Nie obchodzi mnie to. Wynoś się, nie chcę cię widzieć. On chyba zresztą też – skinął głową na skulonego na łóżku Uruhę.
Ruki prychnął na niego, ale wyszedł z pokoju, potykając się o koc. Z trzaskiem zamknął za sobą drzwi.
Aoi słyszał, jak Kai z Reitą wrzeszczą na niego, przeklinając soczyście. Nie wsłuchiwał się jednak zbytnio w treść.
 Przypadł szybko do bruneta, który leżał wstrząsany niekontrolowanymi torsjami, płacząc i dusząc się własnym oddechem z twarzą schowaną w poduszce.
 - Matko boska, Uruha!
  Jego plecy zaznaczały poprzeczne, czerwone pręgi z których cienkimi strugami sączyła się krew. Między nimi, niczym plamy z farby, mieniły się wściekle fioletowe i czarne świeżo wychodzące siniaki.
Aoi poczuł, jak w jego gardle rośnie ogromna, przeszkadzająca w równomiernym oddychaniu i cisnąca natrętne łzy do oczu kula.
Delikatnie, starając się nie zrobić mu krzywdy, nakrył Uruhę kołdrą, przytulił go i zaczął uspokajać.
 Takashima płakał rozpaczliwie, jak dziecko. Aoi bał się, że w każdej chwili może zachłysnąć się powietrzem i po prostu przestanie oddychać. Uniósł go powoli i położył jego głowę na swojej piersi.
  Kouyou, czując ciepło bijące od ciała szatyna i jego delikatne ręce, gładzące jego włosy, uspokoił się nieco. Wplótł palce w jego czarną koszulkę i oddychał rytmicznie.
Aoi szeptał do niego uspokajająco, starając się pomóc mu wyrównać oddech. Przytulił się do niego mocniej, jednak wciąż pamiętając o jego ranach. Udawał, że nie słyszy podniesionych głosów z pokoju obok. Nie chciał słyszeć. Wiedział, że Ruki dostanie nauczkę, akurat to niezbyt go martwiło. Jedyne, co go naprawdę interesowało to fakt, że Uruha może się po tym nie pozbierać. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
Co prawda nie widywał u niego wcześniej podobnych ran, ale też nie zawsze gitarzysta pokazywał się z odkrytą klatką piersiową. No i od jakiegoś czasu w ogóle przestał chodzić w swoich ulubionych spodniach z odkrytymi udami.
  Aoi drgnął. Bojąc się co ujrzy uniósł powoli pościel w miejscu, gdzie znajdowały się nogi Uruhy. Zamarł.
Właśnie takiego widoku najbardziej się obawiał. Mimo wszystko do końca miał nadzieję, że go uniknie. Był naiwny.
  Zgrabne, szczupłe nogi Takashimy pokryte były pręgami, podobnymi do tych na plecach, z tą różnicą, że część z nich była wyblakła i zabliźniona a część dopiero co przestała krwawić. Spomiędzy nich również wyglądały drobne, wyblakłe fioletowe plamki.
  Obraz Aoi'a rozmazał się nagle, przez łzy, które napłynęły mu do oczu.
 - Przepraszam...
Wiedział, że to nie za bardzo go pocieszy. Oklepane słowo. Próbował jednak. Pomimo że był to zaledwie jeden wyraz, trzy sylaby, miał magiczną moc dodawania nadziei. Działał kojąco. Sprawiał, że człowiek zaczynał wierzyć, że następny dzień będzie o wiele lepszy od poprzedniego. Za sprawą jednego slowa...
Uruha pociągnął nosem.
 - Nie masz mnie za co przepraszać – podniósł powoli wzrok. Nie wyglądał najlepiej. Był cały zasmarkany – bo w tym wypadku nie da się użyć innego słowa – zaczerwienione i podkrążone oczy, rozcięta warga i w kilku miejscach również skóra – To ja jestem winien. Tylko ja, nikt inny.
Aoi miał wielką ochotę go uderzyć. Winien? On? Niby czego? Tego, że Ruki to prostak, który wykorzystywał go na każdy możliwy sposób a on zgadzał się, ponieważ się bał? Nie mieściło mu się to w głowie.
Ale zamiast zdzielić go po twarzy, po prostu pogłaskał go po włosach, szepcząc do ucha, by przestał się obwiniać.
 W końcu, jeżeli się kogoś naprawdę kocha, nigdy nie podniosłoby się na tą osobę ręki. Czyż nie? Dlatego właśnie Aoi nigdy nie uciekłby się w przypadku Uruhy do przemocy.
Ponieważ go kochał.
Kochał go i dlatego właśnie tolerował jego związek z Rukim. Myślał, że jest szczęśliwy, a jedynym, czego naprawdę pragnął, było jego szczęście. Pragnął widzieć, jak się uśmiecha w tak charakterystyczny sposób, jak podczas uśmiechu pięknie zaznaczają mu się kości policzkowe, oczy zwężają w zabawny sposób. Nie ważne, że nie zasypiał w jego ramionach.
Pragnął tego co prawda, ale nie kosztem tego uśmiechu. 
Gdyby to zrobił, zachowałby się jak Ruki, który w brutalny sposób zdarł z jego twarzy ten cudowny, naturalny uśmiech, z dnia na dzień zastępując go jakąś dziwną, spaczoną wersją.
Aoi zauważył to, ale w momencie, gdy było już za późno.
Nie takiego Uruhę chciał oglądać. Jego piękna, niczym wyrzeźbiona z marmuru twarz naznaczona była bliznami. Co chwila pociągał napuchniętym, czerwonym nosem.
 - Obiecuję – Aoi wyszeptał zaciskając pięść – Ruki zapłaci za to, co ci zrobił. Już nigdy cię nie tknie, przysięgam.
Takashima patrzył na niego ogromnymi, wystraszonymi oczami.
 - Nie rób mu krzywdy, błagam – wycharczał.
  Powiedzieć, że Aoi był zdziwiony, byłoby ogromnym niedomówieniem. Po tym wszystkim co Takanori mu zrobił on dalej naiwnie go broni.
Dalej go kocha, przemknęło przez głowę szatyna.
 - Dlaczego go bronisz? - uniósł głowę Uruhy, delikatnie łapiąc go za brodę – Nadal go kochasz, prawda? Pomimo tego, co-
 - To nie tak – Uru pokręcił głową – Nie kocham go. Nigdy nie kochałem. Ja po prostu... Nie wiem, czemu to robiłem, ale przez pewien czas naprawdę, wierzyłem, że to ma przyszłość. Wiesz... Mi go było szkoda. Widziałem, jak w pewnym momencie zaczął staczać się po równi pochyłej – patrzył tępo w okno, od czasu do czasu pociągając nosem, lub ocierając łzy – Pomogłem mu,a le on najwyraźniej źle odczytał moje intencje. Ale było mi go żal. W końcu, zapewniłem mu jakiś zalążek uczucia. Tylko on z czasem chciał coraz więcej, zaczął wymagać ode mnie... A mi, z tego żalu ciężko było odmówić. I wszystko znów wyrwało się spod kontroli...
  Jak zwykle - pomyślał Aoi – zawiedliśmy. Zawiedliśmy jako drużyna. Coś, co w założeniu miało być trwałe i nierozerwalne. Z zewnątrz niby wszystko wygląda pięknie. Nasz zespół jest trochę jak takie śliczne pudełko. Jak pieprzona, pięknie zdobiona szkatułka, bez jakiejkolwiek zawartości. Ładna, gdy się na nią patrzy, nie otwierając jej. To grozi ogromnym rozczarowaniem.
 Zaraz. 
 Wróć.
 Nie kocha go?!
A może...

Nie daj się ponieść emocjom, Shiroyama.

 - To miejsce mnie przygnębia – Uruha podniósł się chwiejnie na łóżku, zrzucając z siebie zakrwawioną pościel.
  Pierwszą reakcją Aoi'a było odwrócenie wzroku. Z dwóch powodów.
Po pierwsze: patrzenie na tak pokaleczonego Uruhę sprawiało mu niemiłosierny ból i powracała ochota zabicia Rukiego z premedytacją za wyrządzenie Kouyou takiej krzywdy.
Po drugie: na litość boską, Uru był kompletnie nagi. Nawet pomimo czerwonych szram, zaschniętej, roztartej krwi i czarnych siniaków, to wciąż było to samo ciało, tak pięknie i idealnie wyrzeźbione, na widok którego Aoi aż cały drżał.
 - Najpierw zarzuć coś na siebie – jego wzrok utkwiony był w dłoni, zaciśniętej na klamce od drzwi.
Słyszał, jak Uruha porusza się niezgrabnie, potykając się o własne kończyny, ale wiedział, że się ubiera.
Poczuł się lepiej.
 - Już?
 - Mhm. Chodźmy stąd.
  Aoi ujął go delikatnie pod bok, pomimo tego, że brunet nie był aż tak okaleczony, by nie mógł iść o własnych siłach. Był to zwykły, cichy objaw uczucia, jaki Yuu chciał mu okazać.
  W pokoju dziennym nie było nikogo. Albo przenieśli się z kłótnią w jakieś inne miejsce, albo poobrażali na siebie nawzajem i gdzieś ich wywiało. 
Aoi wzruszył ramionami. Było mu naprawdę wszystko jedno.
Wszedł do pokoju, położył Uru na łóżku i spojrzał na niego z troską.
 - Nie chciałbyś przebrać się w coś czystego? Albo wykąpać? Poczułbyś się lepiej.
 - Nie, ja... - zaczął, chciał coś powiedzieć, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Przemyślał coś dokładnie, po czym znów się odezwał – Aoi, zostań ze mną.
Szatyn poczuł ciepło w okolicy serca. Uruha uśmiechnął się niepewnie.
 - Ale pójdź się umyć i ubierz coś czystego – nie ustępował – Martwię się o ciebie.
 - Chyba pierwszy raz usłyszałem coś takiego – brunet zaśmiał się, ledwo zauważalnie. Jednak Aoi to widział.
Było to dla niego jak nieśmiały przebłysk słońca w pochmurny dzień.
Nadzieja.
Odwzajemnił uśmiech.
  Uru udało się wygrzebać coś czystego z szafy i wyszedł z pokoju.
  Yuu modlił się w duchu, żeby nie spotkał tam Rukiego. Wyjrzał dyskretnie przez wąską szparę w drzwiach. Na szczęście nie było tam ani śladu blondyna. Odetchnął i usiadł na łóżku. Zdał sobie sprawę z tego, że nigdy tak naprawdę nie przyglądał się temu pokojowi. Bywał tu jedynie wtedy, gdy Uruha był zbyt pijany, żeby dać radę samemu się położyć, lub zbytnio się opierał, ledwo stojąc na nogach. Jedyną osobą, której wtedy słuchał był właśnie Aoi. A i tak, nigdy w takich sytuacjach nie zapalał światła, bojąc się, że rozbudzi Uru.
  Nigdy nie był też w pokoju Reity i Kai'a. Sypialnię Rukiego zobaczył dopiero chwilę temu, chociaż i tak zbytnio jej się nie przyglądał. Jedyne co zapamiętał, to wszechobecny bałagan i silny zapach tytoniu.
  Zamieszkali razem w tym ogromnym mieszkaniu, by łatwiej było im zbierać materiały na nową płytę, która właśnie miała swoją premierę. A oni byli w skrajnej rozsypce.
  Aoi rozejrzał się po pokoju. Był bardzo schludny, żeby nie powiedzieć – skrajnie czysty czy nawet pedantyczny.
Na półkach nie dostrzegł ani śladu kurzu, wszystko było idealnie poukładane. W kącie na stojakach pięknie prezentowały się lśniące, ulubione gitary Uru. Tuż na nimi stała ogromna, wbudowana w ścianę półka na płyty, zapełniona po brzegi.
  Jedyną rzeczą, która nie pasowała do panującego w pokoju porządku był stos kartek, zapisanych odręcznie, piętrzący się na biurku.
Piosenki...?, pomyślał Aoi.
Ale nie podszedł do biurka, by zaspokoić ciekawość. To były prywatne zapiski Uruhy i nikt nie dał mu prawa, by do nich zaglądał.
Obok kartek stała pełna popielniczka o którą niedbale oparta była paczka mentolowych Marlboro. Aoi uśmiechnął się na ten widok. Wyobraził sobie skupionego Uruhę, skrobiącego coś na kartce, z dymiącym papierosem w ustach.
Pomimo wypełnionej popielniczki i wiedzy Aoi'a, że Uru był nałogowym palaczem od wielu lat, w odróżnieniu od pokoju wokalisty, tutaj zdecydowanie nie czuć było zapachu tytoniu. To było coś... Coś słodkiego, co za każdym razem uderzało w jego nozdrza, gdy tylko wchodził do tego pokoju. Sam Kouyou też tak pachniał. Aoi zamknął oczy i pozwolił, by inne zmysły przejęły nad nim kontrolę. Nabrał powietrza do płuc; Poczuł słodki, egzotyczny zapach.
Kokos.
Nie miał pojęcia, czy źródłem zapachu był jakiś szampon do włosów, odświeżacz powietrza, czy ukryte gdzieś w pokoju płatki kokosowe.
Uśmiechnął się i bezczelnie położył na łóżku, wdychając leniwie słodki zapach kokosa.
  Po jakimś czasie drzwi otworzyły się i stanął w nich Uru, trochę bardziej przypominający już żywą istotę, ale wciąż zmęczony.
 Nie miał na sobie koszulki. Jego ciało pokrywały poprzyklejane koślawo plastry. Uśmiechnął się blado, siadając na łóżku obok Aoi'a.
 - Dziękuję ci. Pewnie usłyszysz to ode mnie jeszcze wiele razy, ale jestem ci naprawdę wdzięczny.
 - Co? Za co znowu? Najpierw mnie przepraszasz, potem mi dziękujesz... Nie zrobiłem nic takie-
 - Owszem, zrobiłeś – Uruha pokręcił głową – Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak wiele. Przerwałeś błędne koło, uratowałeś nas obu. 
 - Aoi, zdziwiony, nie odrywał od niego spojrzenia.
 - Nawet bardziej Rukiego niż mnie – kontynuował Śliczny – On... On teraz nareszcie będzie mógł poszukać prawdziwej miłości. Ja go po prostu pocieszałem, bo widziałem, jak nieszczęśliwy był. To wszystko moja wina, Aoi. Ja to zacząłem, to przeze mnie stał się... taki.
  Uruha siedział okrakiem na łóżku, w dłoni ściskając skrawek kołdry, na której, w miarę mówienia, jego dłoń zaciskała się coraz mocniej. Przypominał dziecko, które w sytuacjach stresowych gniecie fałdkę koszulki lub sukienki.
Po jego policzkach znów popłynęły łzy.
Szatyn zaczął panikować. Nie wiedząc za bardzo, co ma robić, przytulił go.
 - Nie płacz – prosił – Nie mogę znieść tego widoku. Proszę, nie płacz, Uru. Jestem tu, słyszysz? Nie musisz się już martwić, jest po wszystkim.
Brunet objął go w pasie, kładąc głowę na jego ramieniu. Czuł, że łzy powoli ustępują, walczył z nimi. Nie chciał już być słaby. Wiedział, że może się z tego podnieść, z pomocą Aoi'a.
 - Dziękuję ci. Jesteś prawdziwym przyjacielem, Aoi.
Yuu uśmiechnął się gorzko. Być może było na to zbyt wcześnie, ale w tej marnej sytuacji wyczuł swoją jedyną szansę. Powie mu.
Nabrał powietrza do płuc.
 Raz kozie śmierć.
 - Z tym że ja nie chcę być twoim przyjacielem, Uruha.
Kouyou spojrzał na niego wystraszony. Zauważył, że szatyn uśmiecha się ciepło.
 - Chcę być czymś więcej. Wybacz mi, że mówię to w takiej chwili, ale wiesz, jaki jestem. Takie rzeczy mówię tylko przyparty do muru – zauważył , że jego twarz wciąż wykrzywia grymas głębokiego zdziwienia, lub nawet strachu – Nie patrz tak na mnie. To nie jest objaw litości. Znasz mnie, wiesz, że nic takiego nie przyszłoby mi do głowy. Ja... powiedziałbym ci wcześniej, ale widziałem, jaki byłeś szczęśliwy. To znaczy, wydawało mi się, że jesteś szczęśliwy. Teraz widzę, że po prostu byłem strasznym ignorantem i widząc tą imitację związku, zaślepiony nią, nie zauważałem, że tak naprawdę byłeś strasznie nieszczęśliwy. Po prostu byłem głupi.
 - Sam zauważyłeś, że spanikowałem – Uruha ostrożnie dobierał słowa – I wiesz, dlaczego. Bałem się, że pomimo tego, co ci powiedziałem, ty chcesz mnie potraktować tak samo, jak ja potraktowałem Rukiego.
 - Nigdy bym się na coś takiego nie odważył. Za bardzo boję się, że mógłbym cię stracić. 
 - Ufam ci Aoi, doskonale o tym wiesz. Wiesz, że jeśli potrzebuję pomocy, świadomie lub nie, zawsze zwracam się do ciebie. Dlatego, że z całej waszej czwórki, ty zawsze byłeś mi najbliższy – uśmiechnął się – W tej chwili, nie potrafię jeszcze ocenić moich uczuć. Wiem tylko, że zawsze mogę na ciebie liczyć i że nie zawiodę się w tym przekonaniu.
  Wtulił się w niego. Pomimo tego, że był nieco wyższy od Aoi'a, skulił się do tego stopnia, że wydawał się być niezwykle drobny, cały mieszcząc się na jego kolanach. Szatyn wyczuł coś w tej cichej próbie znalezienia wsparcia. Może Uruha naprawdę nie był tego świadom, ale Aoi to poczuł; Coś, co przypominało ledwie tlący się płomyk nieśmiałego uczucia.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Ten ledwo wyczuwalny płomyk rozbudził w nim na nowo nadzieję. Postanowił znów zaryzykować.
 - Uru...
 - Hm...? - Brunet podniósł powoli wzrok.
 - Mógłbym coś spróbować? Tylko jedną rzecz. Przestanę, jeśli taka będzie twoja decyzja.
 - M... myślę, że tak, ale co ty-
 - Zamknij oczy.
 - Co? Po co?
 - Po prostu to zrób, Uru, proszę...
 - N... no dobra – Kouyou uśmiechnął się niepewnie. Była to namiastka jego normalnego, szczerego uśmiechu.
  Aoi'a przeszły ciarki. Od karku aż po lędźwie. Nareszcie... Uruha uśmiechał się tylko dla niego. Nie był to co prawda jego piękny, szeroki uśmiech, ale najważniejsze, że nie był wymuszony.
 Spojrzał na jego usta z myślą, że już za chwilę będzie mógł poczuć ich smak. 
Delikatnie zbliżył do siebie jego twarz, wciągnął powietrze i sam zamknął oczy. Powoli, bardzo powoli dotknął jego ust. Uruha drgnął, ale nie odepchnął go od siebie. Aprobata. Aoi musnął jego wargi jeszcze raz, tym razem nie odczepiając się już od nich. Poczuł, jak dłonie bruneta oplatają go w pasie. Usłyszał, jak mruczy z zachwytu, jak coraz mocniej żarzy się w nim szkarłatny płomień uczucia.
  Podobno pierwszy pocałunek ma utwierdzić w przekonaniu, że osoba, którą się kocha jest tą właściwą. W tym przypadku zdecydowanie tak było. Aoi był pewien. Jego dłoń zniknęła gdzieś we włosach Uru, druga zabłądziła w okolicę jego biodra. Był szczęśliwy, Kouyou nie odrzucił go. Dał szansę zarówno jemu, jak i sobie. Sam nawet, w subtelny sposób prowokował go, by nie przerywał. Nie zrobił tego, pomimo że obaj już ledwo łapali powietrze w płuca.
  Uru nareszcie czuł się bezpieczny i kochany w objęciach Aoi'a, którego uczucie najwyraźniej zaczął odwzajemniać. Serce biło mu w piersi jak szalone.
Aoi był już kompletnie zdyszany. Niechętnie puścił bruneta.
 - Tego się się kompletnie nie spodziewałem – jego źrenice były powiększone. Przypominał trochę narkomana, który wreszcie dostał upragnioną działkę. Oddychał ciężko.
 - Szczerze mówiąc, ja też... - Śliczny, speszony spuścił wzrok.
Nie miał pojęcia, co się z nim dzieje. Przyłożył dłoń do piersi. Czuł, jakby serce miało go za chwilę rozedrzeć od środka. Ale było to całkiem przyjemne uczucie.
Spojrzał nieśmiało na Aoi'a, który trzymał go za rękę, uśmiechając się do niego ciepło. 
 - Dziękuję – Uruha wtulił się w niego. Czuł, jak do oczu znów napływają mu łzy, ale tym razem nawet nie próbował ich powstrzymywać – Naprawdę ci dziękuję... 
                                                                                ***

 - Ruki, stój! - Reita wrzasnął do zbiegającego szybko po schodach wokalisty – Stój, słyszysz?!
 - Zostaw mnie – blondyn warknął na niego, przy okazji o mało nie zabijając się o nogawkę zbyt długich spodni Kai'a. Przeklął w myślał jego długie nogi. Uniósł prawą rękę w stronę basity, zapewne chcąc pokazać mu jakiś gest, ale Akira nie dowiedział się, jaki, gdyż bluza również była na Rukiego za duża i rękaw zasłonił całą jego dłoń.
 - Zatrzymaj się, do cholery – Reita robił wielkie kroki, przeskakując po kilka schodków. Dopadł Takanoriego i jednym ruchem przygwoździł go do ściany – Wiesz... - wysapał – Ucieczka byłaby o wiele bardziej efektowna, gdybyś pojechał windą. No i mnie kosztowałoby to o wiele mniej wysiłku. Wiesz, moje płuca już nie- 
- Puść mnie, Rei – Ruki przerwał mu chłodno.
 - Zapomnij.
 - Mało ci? Wrócę tam i wyślecie mnie do wariatkowa, „bo jestem chory”.
 - Uspokój się. Po pierwsze – nikt nigdzie nie będzie cię wysyłał, nie pozwolę na to. Po drugie – Nie mówiłem, że masz wracać. No, nie teraz. Chcę z tobą porozmawiać – zrobił zbolałą minę – Ruki, martwię się o ciebie...
 - A to coś nowego – blondyn złożył ręce na piersi – To już nie jesteś na mnie zły? Co?
Prowokował go. Reita doskonale o tym wiedział i miał wielką ochotę go walnąć. Wiedział jednak, że co jak co, ale na niego w życiu nie podniósłby ręki. Zmarszczył jedynie brwi.
 - Jestem wkurwiony... Z dwóch powodów, chcesz wiedzieć, jakich? - Ruki wymruczał „niespecjalnie”, ale Suzuki, widać, nie przejął się tym zbytnio, bo kontynuował – Powód numer jeden: wykorzystałeś Uru, traktowałeś go jak swoją zabawkę. Głupi był, bo się zgadzał, ale ty byłeś jeszcze głupszy, bo nie widziałeś, że robisz mu krzywdę. Powód numer dwa – jego twarz nagle złagodniała. Przyciągnął do siebie wokalistę, który był wyraźnie rozkojarzony – Jestem wkurwiony, bo sam nie zauważyłem tego wcześniej. Nie widziałem, że tak naprawdę byłeś nieszczęśliwy. Może Uruha pozwalał ci się wykorzystywać, bo widział to i było mu cię żal. Znam go i wiem, że byłby do tego zdolny. A ty po prostu chciałeś być kochany, prawda? Wiem, że tak. Ciebie też znam. I naprawdę jestem zły na siebie za to, że cały ten czas byłem tylko biernym obserwatorem rozpadu tego, co łączyło nasz zespół. Ale mam szczerą nadzieję i przeczucie, że uda się odbudować to zaufanie. Wystarczy tylko odrobina chęci. I przebaczenie, przede wszystkim.
 - Rei... - Ruki zadrżał, wtulił się w ramię basisty – Przepraszam... Zachowałem się jak egoista. Znowu. Masz rację Reita, ja... - z jego oczu nagle popłynęły łzy – Nie wiem, czemu to robiłem. Czemu nie zauważyłem, że krzywdzę nie tylko Uruhę, ale cały zespół. Znów nie pomyślałem. Uru chciał mi pomóc, pocieszyć mnie a ja go wykorzystałem. Przeze mnie zespół się rozpadnie – panikował – Rei, co ja mam zrobić? Chcę to wszystko naprawić, uwierz mi... Wiem, że źle zrobiłem, ja... Przeprasza, Retia... Naprawdę przepraszam.
 - Nie mnie musisz przepraszać, Ruki. Wiesz o tym. Poza tym, to ja powinienem przeprosić ciebie.
Powiem mu! Dzisiaj mu to powiem. Teraz...
 - O czym ty mówisz? - Ruki zmarszczył jedną brew.
 - Jeszcze się nie domyśliłeś? - Reita zacmokał, wyraźnie zniecierpliwiony– Po tym wszystkim, co powiedziałem, ty nadal...
Takanori pokręcił przecząco głową.
  Albo jest głupi, albo gra sobie ze mną...
 - Rei westchnął, jeszcze bardziej zniecierpliwiony, przytrzymał wokalistę, żeby czasem mu nie uciekł, po czym przyparł do niego i wpił się w jego usta.
 - Mhmm....?! - wymruczał zaskoczony Ruki.
 - Chciał zawołać „Reita?!”, ale siłą rzeczy, nie miało prawa mu się udać. Basista nie puścił go. Nie pogłębił też pocałunku. Czekał na reakcję ze strony blondyna, który po chwili przestał mu się opierać.
  Akira stwierdził, że na razie wystarczy. Puścił go powoli.
 - Teraz rozumiesz? - uniósł brwi. Patrzył na Rukiego błągalnie.
 - Ja... Reita, ty... Dlaczego mnie? Dlaczego to nie mógł być Kai, albo Aoi? - wyglądał na zrozpaczonego – Przecież ja... Ja nie potrafię kochać, Rei. Nie potrafię...
 - Jego głos się załamał. Osunął się na kolana. Przyłożył dłonie do twarzy i zaszlochał. Akira uklęknął koło niego, obejmując go.
 - Potrafisz i udowodnię ci to. Sam nie poddam się tak łatwo. Pomogę ci, obiecuję.
 - Wierzę w to, Rei. Wierzę, że uda ci się naprawić moje wypaczone pojęcie miłości. Wierzę, że będę mógł spojrzeć Uru w twarz i powiedzieć, że potrafię już pokochać. Pomimo tego, że jemu się to nie udało, mam szczerą nadzieję, że ty nauczysz mnie kochać.
 - Nie poddam się – powtórzył i znów go pocałował, tym razem wkładając w ten pocałunek najwięcej uczucia, na ile było go stać.
                                                                                 ***
  Kai odetchnął głośno i wszedł do ich wspólnego mieszkania.
Jak perkusję kocham, kiedyś ich wszystkich pozabijam. Dorośli faceci, też mi coś. Jak żyję, w całej mojej karierze nie wywinęli mi takiego numeru. Chyba jestem na to za stary...
Musiał się przewietrzyć po tym wszystkim. Wyszedł z domu tuż po tym, jak kazał Rukiemu się ubrać, a ten zarzuciwszy na siebie jego za duże ciuchy, wybiegł na klatkę schodową a Reita wystrzelił za nim, krzycząc coś tak głośno, że zapewne pół Tokio go słyszało. Tak. Wtedy Kai zwątpił. Stwierdził, że to olewa. Aoi zniknął w pokoju Ruksa, żeby pocieszyć Uruhę. Lider wiedział, że szatyn sobie poradzi. Zresztą, wiedząc, co gitarzysta czuje, nawet nie myślał o tym, żeby się wtrącać. Po tym, jak Rei rzucił się w pogoń za Rukim po prostu się poddał. Wyszedł z nadzieją pozbierania myśli. Ale przez ten cały czas jedynie się zamartwiał. Ale spacer nie przyniósł zamierzonego efektu. Przeklinając, na czym ten świat stoi, wrócił niechętnie do domu, w którym było tak samo cicho i pusto, jak w momencie, kiedy z niego wychodził.
 Postanowił jednak zaryzykować i sprawdzić, jak się czuje Uruha.
Podejrzewając, że Aoi namówił go, aby poszedł o swojego pokoju, skierował się właśnie w tamtą stronę. Powoli otworzył drzwi. Kouyou faktycznie tam był. Jednak nie sam. Obok niego spał Aoi, obejmując go opiekuńczo. Brunet ściskał w dłoni chusteczkę, ale nie wyglądał na smutnego; Uśmiechał się nieśmiało przez sen.
  Nagle poruszył się i mrucząc coś pod nosem obrócił się twarzą do Aoi'a, wtulając się w jego pierś. Shiroyama otworzył oczy i spojrzał na ukochanego z czułością.
Zauważył lidera, stojącego w drzwiach i uśmiechnął się do niego, przykładając palec wskazujący do ust. Kai powtórzył gest, po czym wycofał się po cichu z pokoju.
Uśmiechnął się sam do siebie. Cieszył się, że przynajmniej Yuu się udało. Wszystko wskazywało też na to, że Uru odwzajemnił jego uczucia.
  Kai z szerokim uśmiechem na ustach wszedł po pokoju dziennego, po czym stanął wryty, jakby nogi nagle wrosły mu w dywan.
  W pokoju na kanapie siedzieli już Reita z Rukim i – na litość boską – trzymali się za ręce. Akira szeptał coś do wokalisty, jedną ręką głaszcząc go uspokajająco po włosach. Wyglądali trochę tak, jakby już zdążyli zapomnieć o wydarzeniach ostatnich kilku godzin. Kai spojrzał na zegarek, zdziwiony, ile czasu minęło od momentu, gdy Ruki wyszedł z pokoju z ogromnym kubkiem kawy. Trzy godziny. Z hakiem.
 - Powiem szczerze, że tego się nie spodziewałem – zaśmiał się gorzko.
  Ruki, nagle speszony, odwrócił wzrok w stronę przeciwną do tej, gdzie obecnie znajdował się perkusista. Reita szturchnął go dyskretnie w bok. Blondyn skrzywił się. Basista ujął jego twarz w dłonie i skierował na siebie jego wzrok. Spojrzał na niego błagalnie.
Kai widział, jak twarz wokalisty łągodnieje.
 - Dobrze – uśmiechnął się.
 - Dziękuję – Rei pocałował go w policzek, zahaczając jednak dyskretnie o kącik jego ust, po czym spojrzał na niego zachęcająco.
Wokalista wstał i podszedł do oniemiałego Kai'a.
 - Przepraszam za moje zachowanie – wyrecytował. Jego wzrok utkwiony był w jakimś bliżej nieokreślonym punkcie na dywanie pod jego stopami – Przepraszam za to, że przeze mnie o mało nie rozwiązałeś zespołu. Obiecuję, że się poprawię. Zresztą... - spojrzał na Reitę – Jestem już na jak najlepszej drodze.
 - Daj spokój, nawet jeśli tak powiedziałem, nigdy nie rozwiązałbym zespołu – Kai zaśmiał się nagle – Zbyt wiele dla mnie znaczycie i nie wyobrażam sobie, żebym nagle miał się poddać i zostawić was na lodzie. To jeszcze bardziej pogorszyłoby stan waszej psychiki a tego nie mógłbym sobie wybaczyć. Aoi poradził sobie z Uru a ty, Rei, namówiłeś Rukiego do poprawy swojego zachowania. Nie ma się nad czym rozczulać. Teraz musimy po prostu sobie wybaczyć i iść dalej do przodu. Pamiętacie, że na początku też nie radziliśmy sobie najlepiej. Ale podnieśliśmy się z tego i teraz nasz zespół stał się tym, czym się stał. Więc dlaczego nie mielibyśmy sobie poradzić z takim problemem? - Reita uśmiechnął się do niego, wyszeptał coś. Jego usta ułożyły się w jedno słowo: „dziękuję”.
- Kai, jesteś niesamowity! - Ruki zarzucił mu dłonie na szyję i przytulił się do niego.
- Wiem, wiem – uśmiechnął się, pokazując dołeczek w lewym policzku – No idź, Reita na ciebie czeka.
 Ruki uśmiechnął się i pobiegł do basisty, który złapał go za rękę i przytulił do siebie.
Teraz musi być już dobrze, Kai, uśmiechając się, usiadł z powrotem przy biurku i znów zaczął przeglądać papiery. Listy i plany dotyczące przyszłości ich zespołu, która znów zdawała się jarzyć w radosnych barwach.
Tak. Teraz już na pewno będzie dobrze, pomyślał, zakładając na nos okulary do czytania.


_________________________________

No, to tyle XDDD Przepraszam, że zrobiłam z Uru takiego małego ułomka, no ale no... XD
Przepraszam was za mój mózg, który stworzył tego potworka, ale tak bardzo chciałam napisać coś... Smutnego. 
Oczywiście mi nie wyszło, bo musiałam dowalić szczęśliwe zakończenie ;_____;
Ale, meh XD Jeszce napiszę dla was jakiegoś porządnego wyciskacza łez *u*

A tymczasem zabrałabym się za pisanie o jakimś innym zespole :/ Jakieś propozycje...?

Do następnego razu :*
Keró-kón a.k.a Tamashi

WSZYSTKIE WYDARZENIA PRZEDSTAWIONE W TYM OPOWIADANIU SĄ WYMYSŁEM CHOREGO MÓZGU AUTORKI I CZYSTKĄ FIKCJĄ LITERACKĄ~